wtorek, 10 października 2017

6 ŻYWIENIOWYCH CIEKAWOSTEK Z ANGLII

Witajcie!

Tak jak zapowiadałam w moim pierwszym wpisie na temat pobytu w Anglii, który jeśli Was ominął znajdziecie TU, przybywam z odrębnym postem na temat ciekawostek związanych z czymś, co jest moim głównym zajęciem czyli odżywianiem się:D Problemy z internetem wyłączyły mnie na pewien czas z życia, ale rozwiązanie w końcu nadeszło! Jeśli jesteście ciekawe czy naprawdę spotkałam coś dziwnego, zapraszam do czytania!:)




1. Gotowe dania

To naprawdę ciekawe jakie można znaleźć produkty na angielskich półkach(i w zamrażarkach oczywiście:D). Nie widziałam wcześniej gotowych sosików czy zup w puszkach, które są już z ugotowanym makaronem. To samo dania z ryżem. W jednej saszetce sos, w drugiej ugotowany ryż. Co do mrożonek również spotkałam maaaaaaaasę dań za funta, które były gotowymi daniami na 1 osobę. I wcale nie mówimy o mrożonkach typu biedniutka pizza albo zapiekanka. Możecie tak kupić np. lazanie i inne smakowicie wyglądające dania, które wystarczy wsadzić do mikrofalówki. Osobiście nie uważam, że to świetny wybór, ale słyszałam opinie, że wiele ludzi nie używa nawet kuchenek, bo żywią się takimi gotowcami. Od siebie dodam, że sama lubiłam wyjątkowo np. mieszankę quinoa z warzywami, co także kupowałam jako produkt mrożony i wystarczyła chwila w mikrofalówce żeby mieć fajny i dość zdrowy obiad. Składy takich mieszanek były najfajniejsze, bo doprawiane były wyłącznie przyprawami, bez dodatków magicznych substancji typu glutaminian sodu:) W całym tym zatrzęsieniu można znaleźć fajne kompromisowe produkty, co na pewno pozwala zaoszczędzić i czas i pieniądze jeżeli z jakiś względów nie mamy możliwości gotować pełnowymiarowo.

2. Warzywa i owoce

To także wow po Polsce. Te produkty są naprawdę dość drogie(i w ogóle nie mam na myśli przeliczania na złotówki), a porównań z mrożonkami i gotowymi mrożonymi daniami lepiej nie robić, bo nikomu nie będzie się chciało jeść świeżych produktów:D Najtaniej wychodzi to w pakach w marketach, ale ceny są w porównaniu z gotowymi daniami naprawdę podobne(paczka np marchewki i gotowy ryz z kurczakiem i sosem), więc można zrozumieć czemu jest taki problem z otyłością, a przypadki ludzi, którym w kuchni przy życiu solo starcza tylko mikrofalówka, przestają dziwić. Kolejna sprawa to dostępność do takiej różnorodności produktów, szczególnie ze wschodu. Podrzucam wam parę zdjęć:

środkowa karella to pod względem wizualnym mój totalny faworyt!



3. Siemię lniane challenge

Może ja miałam akurat takie szczęście, ale gdy chciałam kupić siemię lniane i szukałam go w sklepach(wieelu, uwierzcie. Pomijam jednak polskie sklepy gdzie lnu może nie znalazłam, ale słonecznik ostatecznie tak), nic nie znajdowałam. Nie było absolutnie czegoś jak półki z żywnością ekologiczną albo "fit" jak u nas. Udało mi się za to upolować fajną mieszankę nasion z pestkami dyni w funciaku przeznaczoną dla ludzi. Jeśli kogoś bawi, że dla ludzi to polecam szukanie słonecznika w sklepach:D W tych za 1 funta na pewno znajdziecie, jednak może to nieco inaczej wyglądać niż sobie wyobrażaliście...



4. Poproszę paczkę chipsów. A najlepiej... 32!

To jakieś szaleństwo, ale wspominając jeszcze szybciutko, że zamiast LAYSów są WALKERSY, to Anglia wariuje na punkcie małych paczek chipsów. Takich najmniejszych. Ciężko dostać średnie paczki. Łatwiej i najłatwiej właściwie jest kupić sobie 12-opak albo 16-pak, 24-opak albo 32-opak... Naprawdę kosmos:D Wielkie wory chipsów, w których są po prostu malutkie opakowania. Tłumaczono mi to tym, że po prostu wygodniej im zabrać ze sobą gdzieś malutką paczkę niż normalną większą, ale i tak te liczby mnie trochę przytłaczają  i jednak wolę nasz podział:D Temu też się trochę przyglądałam i te, które "zbadałam" nie miały glutaminianiu, nawet jeśli były tymi tańszymi, co raczej w Polsce się nie zdarza;)


5.Sugar rush

Co pierwsze przychodzi wam na myśl gdy myślicie o tym terminie? Mi jakieś kreskówki gdzie przeładowane cukierkami albo słodzonymi płatkami śniadaniowymi dzieci po prostu latają po ścianach:D Co tu dużo mówić, spotkałam się już dawno temu z opiniami, że zarówno w Anglii jak i USA słodycze czy coca-cola są zupełnie inaczej słodkie. Nie mam doświadczeń ze Stanami, ale w kwestii Wielkiej Brytanii zgadzam się, że choćby ciastka z wyjątkiem tych dostępnych u nas jak np. oreo, wydawały mi się mega słodkie w porównaniu z podobnymi lub odpowiednikami, które jadłam w Polsce. 


Ciekawszą kwestią w sprawie sugar rush jest według mnie napój energetyczny, który był w każdym sklepie. Na próżno szukać można było tigerów i podobnych, bo wypierała je lokalna Lucozade. Z informacji, do których dotarłam, jest ona dostępna od 1929 roku i monopol, który ma pokazuje, że brytyjczycy mają naprawdę duże wymagania wobec produktów by zasłużyć mogły na miarę określenia SŁODKIE. Lucozade to słodzony napój energetyczny. W jego składzie znajdziemy wodę gazowaną, syrop glukozowy, regulatory kwasowości, konserwant, kofeinę, witaminę C, barwniki i polepszacze smaku, bo przeważnie Lucozade występuje w wersji o smaku pomarańczy. Co nie wpływa na korzyść napoju i może nie zostać wyłapane przez osoby nie interesujące się słodzikami; oprócz syropu glukozowego znajdziemy tam też dodatkowe słodziki - acesulfam K i aspartam. Nie trzeba więc chyba tłumaczyć, że nazwa napoju jest bardzo adekwatna do energii, której dodaje ze względu na totalnie przeeeesłodki smak:D 

Ciekawostka: Po czym poznać Polaków na ulicy albo w pracy w Anglii?

Piją tigera:D To śmieszne, ale uwierzcie, że w większości przypadków naprawdę się sprawdzało;)


6. Mekka dla wielbicieli sera

Jeśli tak ja jak nie narzekacie na widok kolejnej porcji makaronu w sosie serowo-śmietanowym, Anglia to miejsce dla was. Obecność sera w tak wielu daniach i w ogóle produktach raziła mnie już od początku naszego pobytu. Szczególnie zainteresowana byłam serowymi ciastkami. Miałam czasem wrażenie, że gdziekolwiek się nie odwrócę, trafię na coś z choćby minimalnym dodatkiem sera:D Na dłuższą metę wymagałoby to być może większych odmów, ale na szczęście na czas mojego krótkiego pobytu mogłam spokojnie próbować wszystkich tych produktów:D

7. Kultura Coca-coli



Gdyby się tak zastanowić, zarówno coca-cola jak i McDonalds to marki, których istnienie jest dla nas oczywiste. Możemy lubić i pić, możemy nie lubić i unikać. Możemy też uśmiechać się na widok świątecznej reklamy coca-coli i uznawać to za symbol świąt, a całą ich firmową działalność kojarzyć głównie z uroczą ciężarówką albo butelkami z napisami z edycji specjalnych. Myślę, że większość z nas nie wyobraża sobie nawet jak ogromne wpływy w świecie mają te koncerny na... wszystko. 

Jedziecie do Londynu i planujecie atrakcje, które chcecie zobaczyć. Wielka Brytania pod względem odżywiania kojarzy się z otyłością i tłustym, treściwym jedzeniem, a napoje typu cola czy pepsi wydają się już nieodłączną częścią tej kultury. Ale... myślę, że większość osób, które wybierałyby się do centrum Londynu by zobaczyć słynne London Eye nawet nie myślało o tym pierwszym, pisanym przeważnie mniejszymi literami członie nazwy: Coca cola London Eye. Żywy pomnik otyłości? Przeciwieństwo bezruchu? Daje to wrażenie, że wszystko zamykają i otwierają wielkie i te same marki. Po doczytaniu jednak wynika, że Coca Cola zobowiązała się od 2015 roku do sponsorowania London Eye przez dwa lata, więc możliwe, że nazwa ulegnie zmianie.



McDonalds, mimo że wywodzi się z USA i jego historia także jest mi dość znana, w Anglii jest też miejscem gdzie warto w moim odczuciu po prostu pójść. W Polsce nie czuje się problemu, bo ceny nawet najtańszych kanapek nie są tak niskie jak tam w proporcjach do zarobków. W Polsce nie spotyka się zbyt często dziadków, którzy wybierają chickenburgera jako alternatywę posiłku. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie.

Gdy byłam mała, na zagranicznych kanałach w telewizji emitowano bardzo wiele programów o odchudzaniu ekstremalnie otyłych osób. To było coś niesamowitego do jakiego stanu się doprowadzali, jednak ze względu na brak problemów w kwestii nadwagi, zapamiętałam stamtąd głównie uroczyste kolacje z McDonaldsa. Zamówienia, które były ogromne, a przecież osoby, które korzystały z "pomocy" tego typu programów nie były szalenie zamożne. Dla mnie to było nie do zrozumienia. Skąd mają tyle pieniędzy? W Polsce podobne porcje kosztowałyby przecież duuuuuuuuuuuużo więcej.
Zamykamy trochę myślenie o tej sieci "restauracji" w tym najpopularniejszym BigMacu, a warto zastanowić się jaki wpływ wywarli na rynek pracy i podejście do pracowników jako prekursorzy w pomysłach na maksymalne wykorzystanie i minimalne uzależnienie od pracowników choćby dzięki słynnemu szkoleniu ludzi tylko na pozycji JESTEM TU TYLKO OD UKŁADANIA 2 PLASTERKÓW OGÓRKA, by mieli świadomość, że na ich miejsce znajdą się inni chętni a ich przyuczenie zajmie pół minuty.

Już nie będę tworzyć kolejnego punktu, ale zdziwieniem były dla mnie też popularne płatki owsiane, a właściwie ich smak. Mowa o

Można je kupić w kartonie albo w formie saszetek z porcjami, które przygotowuje się według opakowania w 2 minuty. Myślę, że to czas połączony z podgrzaniem mleka, bo płatki rozpuszczają się błyskawicznie:D Co do smaku to właśnie było dla mnie wow, bo nie patrząc już na wersje jak ta powyżej czy pyszne owocowe, te płatki smakują po prostu genialnie. Tak rozdrobnione nie maja pewnie zbyt wielu wartości, ale tworzą coś jak prawdziwy sen o idealnej owsiance:D Na początku myślałam, że są z dodatkiem kaszy manny, ale w składzie wersji podstawowej nie było nic więcej.

To tyle z wrażeń jakie z sobą przywiozłam. Mam nadzieję, że post się Wam spodobał. 

Jeżeli macie coś do dodania to koniecznie dawajcie znać!:)


niedziela, 1 października 2017

Co mnie zaskoczyło w Anglii - PODSUMOWANIE WAKACJI:)

Witajcie!

Ze względu na to, że w wakacje miałam okazję przerwać mój krajowy program erasmus i pomieszkać za granicą odwiedzając kraj po raz pierwszy, przybywam dziś z obiecanym wpisem o tym, co mnie zdziwiło w czasie pobytu w Wielkiej Brytanii. Sam wyjazd był już dla mnie lekką ekscytacją, ale wciśnięta w uczelniane kalendarze nie mogłam się nim cieszyć na długo przed odbyciem i w zasadzie dzień przed dostałam potwierdzenie, że może się odbyć. Zamieszanie więc było już lekkie na początku, a potem mój pierwszy lot samolotem i ŁOOOOO morze nowych rzeczy. Zapraszam do czytania!


Co zaskoczyło mnie w UK?


1. Brak nacisku na szacunek dla starszych osób

Ze względu na to, że był to mój pierwszy pobyt za granicą tak dłuugo, nie mam porównania z innymi krajami, bo w kilka dni ciężko poznać standardy "wychowania", a dotychczas zdarzały mi się wyjazdy tej długości. Byłam naprawdę zaskoczona gdy na przykład w markecie, widząc, że czekam w kolejce by skasować tylko jedną rzecz, przepuszczały mnie starsze panie, mówiąc, że szkoda mojego czasu żebym go marnowała. Nie miałam totalnie żadnej sytuacji w komunikacji miejskiej(a jeździłam często) by tak jak w Polsce, stanęły kilka metrów ode mnie gawędzące starsze przyjaciółki i potem komentowały, że nie wpuściłam proroczo jednej z nich na miejsce, mimo, że miały przy sobie kilka wolnych... Wiecie o co chodzi, wokół wiele osób, które siedziały bliżej nich, ale były starsze niż ja, więc nie wypada takim zwrócić chamsko uwagi:) To jest według mnie ogromny minus wielkich miast w Polsce. Gdy mieszkałam w mniejszych, nie spotykałam się z tak durnym zachowaniem. Nie będę nawet rozgadywać się na temat zachowywania kultury w takich sytuacjach i ustępowania gdy naprawdę widzimy, że ktoś potrzebowałby miejsca bardziej, ale wymaganie kultury będąc prostakiem? Coś mi w tym nie gra, więc to był duży plus pobytu:)

Minusem takiego podejścia była częściowa znieczulica, o której opowiadała mi rodzina mieszkająca tam - wieeeelu z ich znajomych,którzy są młodzi, traktują swoich dziadków jako po prostu dawców mieszkań. Każda śmierć to nieruchomość. Drastyczne, ale na pewno nie tylko w tamtym kraju. W każdy znajdą się ludzie, którzy tak myślą, a tam przez brak nacisku na to lepsze traktowanie starszych tylko przez ich wiek, bardziej zauważalne.

2. Numery autobusów

W Polsce nigdy nie spotkałam się z mówieniem "jeden zero dwa" zamiast 102. Wszystkie numery autobusów, którymi jeździłam były dokładnie tak odczytywane. To samo z numerami hotelowych pokoi. Ułatwia to oczywiście komunikację i nie jest niczym spektakularnym, ale było dla mnie na początku czymś lekko dziwnym.

3. How are you, darling?

Czyli pytania jak leci przy każdej możliwej sytuacji. Na początku baardzo mi się to podobało mimo, że wiele razy czytałam i słyszałam, że raczej jest to zupełnie powierzchowne i do niczego nie zmierza. Po prostu głupio nie zagadać. Zmieniłam zdanie o tym gdy spotkałam się na korytarzu z jednym zupełnie obcym mężczyzną, który zmierzał szedł w stronę drzwi. Rzucił: HI, HOW ARE YOU? i wyszedł:D Na szczęście miałam możliwość poznać osoby z innych krajów, które także brały pod uwagę, że na takie pytanie można uzyskać odpowiedź inną niż GOOD albo OK i nawet jej słuchały:D

4. Kolory skóry

Pierwszy raz widziałam tak mało osób o białym kolorze skóry. Coś niesamowitego i ważnego jak można sobie uzmysłowić ile faktycznie jest ciemnoskórych osób w miastach, które są ogromne i skupiają większość ludności napływowej niż tej, która mieszka tam od wielu, wielu pokoleń. To absolutnie żaden rasizm czy dzielenie ludzi przez kolor skóry, ale ciekawostka. Syn naszych znajomych miał w klasie 6 białych dzieci na 28 uczniów. To naprawdę robi wrażenie choć oczywiście zależy też częściowo od regionu miasta:) Dla mnie było to okazją podpatrzeć jak "łysieją" ciemnoskóre kobiety, jakie fryzury noszą, jak malują oczy - pomyślcie o kolorach cieni przy tak ciemnej karnacji albo jak radzą sobie ze swoimi chustami muzułmanki - jak poprawiają je zakładając na nowo w toaletach albo jak dbają o odświeżanie skóry gdy noszą stroje zakrywające wszystko z wyjątkiem oczu.

5. Niemieckie markety

Może innych to nie dziwi, ale dla mnie Lidl albo Aldi w Anglii to dość niespodziewany widok:D Myślałam, że Niemcy rozszerzają swoje sklepy tylko na pobliskie kraje, a dowiedziałam się, że to uwzględnia również Anglię i ogólnie cały świat, więc ciekawe!

6. Oyster Card

Czyli świetnie rozwiązany problem bezdomnych w autobusach i metrze. Oyster Card to karta, która kosztuje 5 funtów i można ją doładowywać a później jeździć za tą kwotę metrem/autobusem. Przy wejściu do autobusu, zaraz przy kierowcy jest znaczek gdzie powinno się przyłożyć kartę. Gdy mamy za mało środków na koncie, można jechać w jedną stronę a potem nie da rady przejechać na minusie bez doładowania karty. Można to obejść w autobusach czasem, gdy kierowca będzie miał w nosie czy ktoś wchodzi czy nie, ale generalnie wyglądało na to, że kierowcy dość pilnują. Zresztą w razie czego może być kontrola i mandat i tak trzeba będzie już zapłacić. Co też jest na plus, typowa "oysterka" jest bezimienna (w Polsce chyba powiedzielibyśmy, ze jest to karta "na okaziciela" a wyrobienie takiej jest dużo droższe niż typowa karta miejska na jedną osobę i jej dane).

7. Przejścia dla pieszych

Z tego co zauważyłam kompletnie nie ma parcia na to by przechodzić tylko na zielonym świetle. Spotykałam się wręcz z wieloma sytuacjami, że ludzie ładowali się na ulice przez skrzyżowania, więc to nie jest plus takiej zasady, ale przy mądrym użyciu nie jest złym pomysłem. Policjant z tego co się dowiadywałam totalnie nie pełni roli złego pana, który cię złapie i wlepi mandat. Prędzej powie ci, żebyś więcej czegoś nie robił albo coś wytłumaczy. Czuć, że są po to by pomóc, a nie by złowić jak najwięcej osób.

8. Elektryczne autobusy

Też pozytywny punkt tej listy, nowość jak dla mnie.

9. Sklepy z fundacji

Wspaniała sprawa. W rejonie, w którym mieszkaliśmy wydawało mi się, że te sklepy w jakiś sposób zastępowały sklepy z używaną odzieżą. Gdy kiedyś szukaliśmy second handów na mapie, nie było w całej duuużej okolicy zupełnie nic. Sklepy z różnych fundacji zbierające pieniądze na leczenie jak British Heart Foundation czy inne, których nie pamiętam nazw to fajne miejsca gdzie znaleźć można bardzo różne rzeczy. Ubrania i buty nie interesowały mnie jakoś specjalnie, ale na duży plus było to, że były zawsze czyściutkie(szczególnie ważna sprawa w kwestii butów) i w większości nowe. Pomijając ciuchy, było to świetne miejsce żeby kupić sobie książki albo płyty za dużo mniejsze kwoty. Tym sposobem przywiozłam ze sobą oryginał Koloru Magii Pratchetta, a mój chłopak "prawdziwego" Harryego Pottera, prosto z jego ojczyzny!:D Wspomne tylko od razu, że są wycieczki do studia, w którym kręcono Harryego i ze względu na położenie poza Londynem, podstawiane są dla chętnych busy, które zawożą ich na miejsce. Jeśli się nie mylę, jeden odjeżdża właśnie ze słynnej stacji Kings Cross:))

10. Małe pakiety internetowe

To naprawdę zdziwienie, bo obecnie mam dużo znajomych, dla których np. 30GB to norma przy opłatach dość niewielkich. 15GB też. Sama mam 5 i wydaje mi się, że to naprawdę mało jak przy reklamowanych ofertach, mimo, że mi w zupełności wystarcza. Wszystkie reklamowane sieci komórkowe w angielskiej telewizji robiły szum o zwiększenie pakietu np z 500MB na 1GB przy różnych opłatach, więc nie był to raczej wynik najtańszych ofert. Na pewno są większe pakiety, ale zdziwiło mnie, że nie są nigdzie ogłaszane.

 11. Programy o nieruchomościach

 Szczególnie w porannych godzinach w telewizji można było wpaść na co najmniej 2 programy na temat nieruchomości. Najpierw licytacja jakiegoś miejsca a potem skupienie się na tym, kto ją wygrał i co zamierza zrobić przez dalszy ciąg odcinka. Piszę o tym, bo było to coś dla mnie bardzo zdrowego, że znajdowało się tyle osób w różnym wieku, z różnymi celami i różnymi budżetami, które się na takie coś decydowały i nie była to w większości kwestia brania kredytu na resztę życia. Fajnie popatrzeć na zdrowe czynności, których nie znam z Polski i obawiam się, że nie dotrwam chwil gdy będzie podobnie.
 
12. Multum tanich hedrinów i środków przeciwko wszom opartych na naturalnych składniakach

Z wszami jest dokładnie jak z postem na ich temat na moim blogu. Niby gdzieś tam wisi i istnieje, ale nie jest pierwszym co rzuca się w oczy, gdy wpadacie na COTYMASZNAGLOWIE. Weryfikację przeprowadza dział statystyki i jasno pokazuje, że to post, który jest CODZIENNIE najczęściej odwiedzanym i bynajmniej nie przypuszczam, że ze względu na "fajny sposób" w jakim opisałam problem i propozycję jak mu podołać. 

Jeżdżąc autobusami albo metrem w Londynie, zastanawiałam się jak duży tam jest problem z wszami. Szczególnie w metrze ujawnienie moich myśli oburzyłoby pewnie wielu ludzi, którzy w swoich garniturkach i skórzanych kajecikach jeździli do pracy i z powrotem i czują się zapewni sterylni. Próbowałam pod tym względem przejrzeć markety, ale nie znajdowałam nic specjalnego. Dopiero w jednym z największych sieci sklepów za funta Home Bargains, znalazłam uwierzcie baardzo rozbudowaną półkę z preparatami do walki z wszawicą. Pokaźne miejsce zajmował tam jeden z najskuteczniejszych środków, nad którego pochodzeniem się wcześniej nie zastanawiałam, ale ze względu na jego angielskie ceny, które po prostu smucą(max 3 funty za preparat, który u nas kosztuje ok 35zł), rzucałam też to jednym, to drugim okiem na resztę. Nie widziałam w Polsce tak wielu różnych środków na wszy opartych na olejku z drzewa herbacianego i generalnie skupiających się albo na zabiciu problemu silikonami albo zapachem.

13. Mafie żebraków na stacjach metra, na ulicach.

Hoho, powiało grozą, bo to przerażający temat:D Pewnie nawet w Polsce myślicie sobie czasem idąc jakimś dużym dworcem albo innym skupiskiem, gdzie jest wiele proszących o pieniądze ludzi, że osoby, które siedzą z kartonem POTRZEBUJĘ PIENIĘDZY NA OPERACJĘ. DZIĘKUJĘ mogą oszukiwać. Smutne i rozwijające znieczulice doświadczenia czekają jeśli tylko się na nie otworzycie! Może powiem tak, na starcie mojego pobytu w Anglii byłam uprzedzana, że ogrom ludzi, którzy proszą o kasę albo ciemniejszej karnacji matek z dziećmi na rękach siedzących przy ulicy, zbierają ją nie dla siebie. W Polsce, tam gdzie mieszkam, też znam miejsca gdzie są stali bywalcy i np. kobieta w średnim wieku, klęcząca kilka godzin przed galerią z kubeczkiem, przez rok odkąd tam jestem, nie zauważa, że nie budzi zaufania pochyleniem głowy przez cały ten czas i czekaniem aż ktoś jej coś wrzuci.

To samo z ludźmi, którzy zbierają na bilet. Po prostu numer życia jeżeli dużo jeździcie pociągami po Polsce:D Za 15 minut pociąg a na peron przychodzi ktoś i mówi, że wyszedł z więzienia/ukradli mu portfel i brakuje mu do biletu jeszcze np. połowy i każdym wsparciem się ucieszy. Zdarzały mi się przypadki, że faktycznie faceci cieszyli się z kilku groszy a potem naprawdę wsiadali do mojego pociągu i to jest super, ale z drugiej strony Londyn pokazuje inne wykorzystanie tej sytuacji. Pomyślcie, ile czasu znajdujecie się na takim dworcu?:) max pół godziny jeśli nie ma opóźnienia. A ile takich pociągów, gdzie ludzie się nie powtarzają jednego dnia odjeżdża z dużych dworców?:D 

Na szczęście w Anglii mi się to nie przytrafiło i nikt nie nie prosił by się mu dołożyć, ale widziałam kilku kandydatów, a szczególnie do myślenia dała mi sytuacja na ulicy Sherlocka Holmesa - Baker Street. Szliśmy akurat szukając miejsca by coś zjeść i minęliśmy siedzącego przy skrzynce pocztowej bezdomnego z karteczką w stylu I'M HUNGRY PLEASE, HELP ME napisaną odręcznie i dość ładnie. Myślę, że nie powinno dziwić, że raczej oczekiwano pieniędzy niż jedzenia i po to zresztą ustawiony był przed nim kubeczek z drobnymi. Minęło kilka godzin i wracaliśmy tym samym chodnikiem. Zapamiętałam tą skrzynkę pocztową i tam spojrzałam. Dokładnie w tym samym miejscu siedziała już teraz kobieta. Z dokładnie tą samą kartką... Każdy powinien z takich sytuacji wyciągnąć własne wnioski, więc np. dla mnie nie były to sceny, które przekreślą wartościowość współczucia ludziom, którzy faktycznie potrzebują pomocy, ale ważne znaki ostrzegawcze jak wiele jest sytuacji, gdy są oni tylko pośrednikami w przekazywaniu tych pieniędzy.

Jeszcze dodam pod koniec, że problem bezdomności można szczególnie odczuć wieczorami i to naprawdę jest straszne, że idąc ulicą, bardzo blisko centrum, gdzie jest nieziemska ilość samych ekskluzywnych sklepów z rzeczami typu torebki, buty itp przeplatanych z restauracjami; przy jakimś maleńkim sklepie, pod jego wystawą wchodzi w swój śpiwór człowiek i zaczyna przeżywać własną noc.

14. God saves the Queen!

Kto z nas nie kojarzy twarzy Królowej Elżbiety powinien się czuć naprawdę wyjątkowo:D Rozśmiesza mnie bardzo to w jakim stopniu brytyjczycy są zakręceni na punkcie swojej władczyni i całej rodziny królewskiej. Rozumiem pocztówki z nią; mini Elżbietę która jak pieski do aut porusza swoją głową na boki, a na dodatek jeszcze rączkami czym wygląda jakby tańczyła; kubki z jej podobizną; długopisy; pojemniki na herbatę i w ogóle chyba wszystko, ale... ozdobne komplety - talerz i filiżanka z podobizną Królowej albo też wersje z Księżną Dianą? Kubki ze zdjęciem małego Henryego z jego datą urodzin? Zdjęcie Księcia Harryego w mundurze na kubku albo w wersji do powieszenia w domu?:D Nie wiem jakbym się czuła wiedząc, że ludzie nie znając mnie, mają w domu kubek ze zdjęciem mojej mamy, która wynosi mnie na rękach ze szpitala. Na pewno też ogromny wpływ na moje podejście ma fakt, że nie urodziłam się w kraju gdzie władzę obejmował ktoś, bo należał do jakiejś rodziny, ale naprawdę zastanawiam się czy rzeczywiście jest na te przedmioty aż taki popyt, bo ilości ich możecie znaleźć KOOOOOOOOOOSMICZNE.

To będzie na tyle z moich wspomnień, którymi chciałam się podzielić w tym poście. Jeżeli jesteście ciekawi jak wygląda prawdziwa twarz rynku brytyjskiego z mojej perspektywy jako osoby związanej z żywieniem, zapraszam na wpis na ten temat w najbliższym czasie! 

Mam nadzieję, że ten wpis wniósł coś nowego w Wasz dzień i był powodem do chociaż jednego uśmiechu!

A Was czym zaskoczyła Wielka Brytania? Macie inne doświadczenia?:))


sobota, 23 września 2017

PIPPI#2 Warkocze na jesień i nie tylko - tygodniowa dawka inspiracji!

Witajcie!

Dzisiaj kolejny odcinek nowej serii na moim blogu czyli...


Bardzo lubię jesień. Nawet jak pogoda szarzeje to fajnie jest wiedzieć, że po zrobieniu wszystkiego co sobie zaplanowałam przynajmniej nie będę miała problemów ze snem:D No dobra, żart a propos mojego nicku zaliczony! Wracając w swoim stylu, staram się od kilku miesięcy częściej zaplatać włosy w jakieś kompozycje nieco bardziej skomplikowane niż zwyczajniutki warkocz, dlatego przybywam dziś z postem na temat najciekawszych według mnie warkoczowych fryzur, które znalazłam w sieci w trakcie szukania inspiracji do eksperymentów na mojej głowie:D Wychodzi to coraz lepiej, a co warto zauważyć, warkocze mogą wydać się fajnym sposobem na ochronę włosów przed wiatrem połączoną jednocześnie z urokiem i rozwijaniem swojej kreatywności. Bez względu na grubość włosów (wystarczy zerknąć czasem na przypadkowy tutorial i zobaczyć, że dziewczyny miewają naprawdę cieniutkie albo niezbyt liczne włosy i umieją zwiększyć ich objętość parokrotniee!) warto próbować nowych fryzur. Nie dajcie się znudzić swoimi włosami! 

Zapraszam do oglądania:)



Uwagę w nawiasie napisałam też dla siebie, bo patrząc na takie dwa kłosy pierwsze co można pomyśleć to żal, że każdy ma inną ilość, grubość i jakoś swojego owłosienia. Na szczęście często wystarczy pokombinować i udaje się uzyskać efekt jak na zdjęciu. Kłosy co najwyżej będą trochę płaskie, ale szerokość faktycznie można przy długich włosach osiągnąć taką metodą.





Fajna propozycja, szczególnie przy zakończeniu warkocza bez gumki!


W razie potrzeby bardziej  eleganckiej fryzury, myślę, że ta mogłaby się całkiem nieźle sprawdzić. Na co dzień nie jestem zagorzałą fanką koków jak ten, bo na zdjęciach, owszem, wygladają bardzo ładnie, ale gdy chodzicie i nie macie czasu żeby je poprawiać... Chyba nie trzeba kończyć:D Przynajmniej w moim wypadku przeważnie tego typu koki nie wytrzymują długo. Warkocze to na szczęście trwalszy element, ale dół rozpada się duuuużo szybciej jeśli jest tak luźny jak na zdjęciu, więc pewnie wypróbuję, ale na jakąś okazję:)


Ta fryzura podoba mi się strasznie, ale obecnie nie wyobrażam sobie wykonać odwróconych kłosów samodzielnie od tyłu. Warkocze holenderskie w takiej konfiguracji tak, ale kłosy jeszcze nie. Czy Wam to wychodzi?:D Pewnie spróbuję, ale póki co to będzie na liście TRY NOT DIE:D





"Pętelki" zrobione dwa razy wyglądają świetnie przy takim kłosie, ale też przy klasycznym jeśli macie problem ze zrobieniem dobieranego z wyższych partii włosów. Też stosuję ten trik!




Podoba mi się efekt tego gumeczkowego warkocza na pofalowanych włosach, ale najbardziej na tym zdjęcie wpadło mi w oko to co jest nad nim - 4 skręcone pasma:)


A Wy jakich plecionych fryzur spróbowałybyście najchętniej?:))

Źródło zdjęć: pinterest

czwartek, 14 września 2017

Zapomnieć polski, ale nie zapomnieć o aktualizacji - WRZESIEŃ 2017!

Witajcie!

Ze względu na nadejście września, a obchodzenie przeze mnie pierwszych dni lata dopiero i właśnie teraz, myślę, że warto uczcić to wszystko aktualizacją. Sierpień był momentami mętny, spędzany czasem z językiem na wierzchu, a potem z niezwykłą ulgą, wyjścia z mroku na przystanek autobusowy. Równocześnie przeplatany świetnymi momentami gdy mogłam poznawać nowe miejsca i oglądać świetnie przemyślane rzeczy. Zeszłoroczny przyśpieszony kurs papierologii nie był niczym imponującym patrząc na obecne letnie doświadczenia, ale może... to będzie jakaś tradycja, że wakacje przebiegać będą mi już tylko wpół przewidywanie? Może zostawmy na razie te przemyślenia i przejdźmy do posta. Jestem w Polsce, mam w końcu internet. Zapraszam!

Włosy na teraz:


To najaktualniejsze zdjęcie włosów sprzed kilku dni jakie mam, a do tego bardzo mi się podoba, więc będziemy się dziś o nie opierać:) Co do włosów w sierpniu, spędziły większość czasu upięte w różnorakie koki, szczególnie uparłam się na obecność francuskich warkoczy w wielu z tych kompozycji, więc szkolenie z fryzur uważam za zaliczone:D Odkryłam też świetny i prościutki sposób na fryzurę, którą miałam wcześniej raz na głowie na urodzinach koleżanki, ale wówczas wykonanie jej wymagało duużo większego wkładu ode mnie niż uproszczona wersja. Wygląda bardzo efektownie zarówna na długich jak i krótkich włosach(sprawdzone info!), więc na pewno będzie o nim post. Już dziś zapraszam jak jesteście ciekawe!:)

Wiecie o co chodzi, jak się nie ma akurat dostępu do zbyt wielu akcesoriów do włosów, trzeba kombinować pocierając jedną wsuwkę o drugą:D

Przedziałek zmieniałam, bo koki wykonywane dzień po dniu tylko na przedziałku na środku głowy tak obciążają całą fryzurę, że przeważnie nosiłam jednego dnia przedziałek na środku a następnego z boku. Nadal mega mi się to podoba, a opcja z przedziałkiem na środku i okularami przeciwsłonecznymi, które przytrzymują grzywkę jest nieziemsko wygodna i nic się nie wyślizguje jak w przypadku cięższej grzywki.

Kosmetyki, których używałam:

mycie: żel 150 w 1(chyba już po tym wiadomo, że męska wersja:D)
odżywianie: Garnier Ultimate Blends coconut milk & macadamia


Babydream skończył mi się niestety szybciej niż bym sobie tego życzyła, a szacując, że żelu nie będzie zupełnie sensu zabierać do domu, a kupowanie nowego szamponu na krótki okres, który pozostał też jest średnim pomysłem, myłam nim głowę jak zwykłym SLSowym i ubogim w super-extra-wow dodatki. Sprawdzał się dość dobrze i nie obciążał włosów, a nawet zauważyłam, że je trochę prostuje(?). Na szczęście już mam dostęp do hektolitrów Babydream, więc pomimo braku idealnie prostych włosów, jestem spokojniejsza o delikatność:D

Przypomniał mi się a propos tego żelu jeden obrazek...



No właśnie... Ale nie od dziś wiadomo, że mogę pochwalić się męskimi cechami, nawet jeśli chodzi tylko o charakter:D


Odżywka, której używałam czyli wersja Garniera z mlekiem kokosowym była świetnym wyborem. Wszędzie można przeczytać i po wyglądzie pudełek domyślić się też, że jest to coś a'la brytyjska wersja Ultra Doux. Nie porównywałam składów polskich z tamtymi, bo Ultra Doux nie używam od zmiany składu Awokado & Masło karite, który niestety gorzej wpływał na moje włosy, ale tu, widząc wersję z kokosem i makadamią, gdy oba te składniki baardzo lubią moje włosy jak i nos, postanowiłam spróbować. Fajnie nawilżała i wzmagała wydobycie blasku, a zostawiona dłużej dawała efekt podobny do olejowania kokosem, więc jestem zadowolona! Oprócz tego na plus działa też bardzo jej objętość, bo wydawała mi się naprawdę potężna w porównaniu z naszymi Ultra Doux. W smutnych okolicznościach niestety musiałam pożegnać się z jej resztą na lotnisku, ale nie mam czego żałować, bo przywiozłam kilka nowości, które także trzeba będzie w końcu wypróbować!


Zrobiłam zakupy. Nie pamiętam od jak dawna zrobiłam tak przemyślane i sprawdzone włosowe zakupy. W ostatnich lata używam raczej dość stałej listy produktów i mało eksperymentuję, bo ani nie wypada mi z paszczy z wrażenia język widząc nowy rodzaj jakiejś odżywki, który w sumie różni się głównie zapachem ani nie mam miejsca na włosowe kosmetyki w takich ilościach jak kiedyś. Wolę w tej kwestii wybierać to co znam, a jeśli już mam ochotę na nowość to wybieram "bezpieczną drogą" po składzie. Co do zakupów, nie ukrywam, że jestem podekscytowana wypróbowaniem tych kosmetyków i na pewno coś więcej Wam o nich kiedyś napiszę! Oto mój wybór:


Dotychczas nie testowałam oprócz oleju Dabur Amla zbyt wielu wschodnich albo ogólnie z lekka egzotycznych kosmetyków, bo szczerze mówiąc nie wpadłam na nie stacjonarnie tak by się im z bliska przyjrzeć. Paradoksalnie poznanie zaplecza pracy osób w paru ulicznych miejscach związanych z żywnością, którą przygotowują/serwują/sprzedają i trauma, którą stamtąd wyniosłam, nie zniechęciły mnie nawet na żywo do zapoznania mojej głowy z kosmetykami:D Więc mogę powiedzieć, MAM I JA! 

Wybrałam sproszkowaną Amlę, co do której mam pewne plany już od lat; olej migdałowy, którego objętość tak bardzo cieszy po malutkich buteleczkach z ZSK i porównaniu cen z proporcjami choćby godzinowego zarobku tu i tam; odżywkę, o której baaaaardzo wiele się naczytałam - INECTO. Nieziemsko krótki skład, obecność oleju kokosowego i śliczny zapach; odżywka z firmy VO5 czyli z serii tych taniutkich, "funciakowych" propozycji. Rzeczywiście obfite w olejki składy, choć dłuższe i bardziej typowo odżywkowe niż INECTO. Zobaczymy co to będzie:) No i na koniec, majonez do włosów. Nie znam specyfiki mieszkania w innych rejonach Anglii niż ten gdzie byłam, ale w każdym większym markecie typu ASDA itp, można znaleźć ogromne słoje majonezu do włosów i dość duży wybór kosmetyków z Vatiki, KTC itd. Ja dzięki odwiedzeniu perukowego sklepu(o których też pewnie wiele się naczytacie wybierając do Anglii i szukając w internecie informacji o najfajniejszych włosowych kosmetykach i sklepach) mogłam kupić mniejszą objętość. Skład jest, nie wiem, zabawny?:D Czy w polskich kosmetykach też wymienia się CHOLESTEROL w składzie?:D Może to był znak, że jestem na dobrej, zawodowej drodze, której nawet spotykane kosmetyki sprzyjają i potakują. Tak to przynajmniej odczytuję i z uśmiechem czekam na wypróbowanie! 

Oprócz nich wypróbowałam w końcu wodę różaną z KTC, ale oprócz pięknego zapachu i lekkiego ukojenia, nie zauważyłam na sobie jej większego wpływu pomimo stosowania kilka tygodni. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym by przywieźć sobie 2 dodatkowe buteleczki ze względu na promocję by spożytkować ją w inny sposób:D

Co u mnie niewłosowo?

Hoho, zwiedziłam super miejsca i maksymalnie ciężko byłoby to zawrzeć w jednym i to jeszcze współdzielonym z włosami poście, więc mam w planach osobny. Poznałam baardzo dużo ciekawych miejsc i rzeczy i generalnie spędziłam ten niestudencki czas wakacji w otoczeniu przeważnie miłych osób i mojego chłopaka, który bardzo dzielnie mi w stawaniu na wysokości zadania towarzyszył. Podszkoliłam trochę język, nabrałam pewności, że mogę wszystko, co rozumiem jako milion razy więcej niż mi się czasem wydaję i miałam tyle dziwnych spostrzeżeń, że serdecznie zapraszam Was na posta o najciekawszych i robiących największe wrażenie rzeczach w Anglii, z którymi się spotkaliśmy! 

Z mniej wesołych informacji, o których wspominam ze względu na wielki wkład w tego bloga, pożegnaliśmy mojego kota, który zawsze chętnie towarzyszył mi w pisaniu postów i pozował do zdjęć. Mam nadzieję, że ma teraz w absolutnie dobrym samopoczuciu wieczny dostęp do małych kartonów, najlepszej na świecie kociej karmy i miękkich czarnych materiałów czyli rzeczy, które lubił będąc z nami najbardziej:)

Ze sztuki oprócz jakiś dziwnych nocnych londyńskich wernisaży, na które się załapaliśmy, obcowałam muzycznie głównie z Amy i Adele. Klimatycznie było też słuchać Sex Pistols w ich ojczyźnie! Oczy uciekały jednak do opowiadań Hłaski i "Antropologa na Marsie" Olivera Sacksa, ale czymże byłby ten wyjazd bez odżywki także dla mojej duszy?:) Żegnając się już i podsumowując całą tą naukę, która płynie z minionego miesiąca zostawiam piosenkę, której refren chyba doskonale podsumowuje radość przetrwania wszystkich licznych i czasem paraliżujących przeciwności spotkanych w te wakacje:




A jak Wam minął sierpień?:))

sobota, 12 sierpnia 2017

PIPPI #1 czyli nowy cykl z inspiracjami!

Witajcie!

Postanowiłam stworzyć nową serię na blogu. Jej nazwa, z moim zamiłowaniem do poznawania etymologii słów, nie mogłaby być bez znaczenia, więc połączyłam ją z...




czyli Przyjemność I Prostota PIękna!

Dzisiejsza część będzie wstępem do serii postów, w których będzie wiele ciekawych fryzur, tutoriali na naprawdę nietrudne a efektowne upięcia i mam nadzieję zastrzyku motywacji, dla tych z Was, ktore tak jak ja, nie chcą przechodzić całego życia w kitce. W warkoczu to co innego!:D Mój ostatni post o fryzurach, które są dla mnie najbardziej kłopotliwe przy mojej długości włosów był niejako wprowadzeniem.

 Pomijając jednak te wszystkie fryzurowe zawirowania, chciałabym żeby szło za tym coś więcej. Szczerze, maksymalnie szczerze, pisanie o włosach wystarczało mi w czasach gdy byłam trochę młodsza. Od zawsze moje myśli krążyły wokół tysięcy tematów, zupełnie niekosmetycznych i o ile kiedyś pasował mi układ, że jako tako przebija się to przez moje wpisy, gdy mam okazję na dłuższą wypowiedź, o tyle dziś czuję bardzo poważnie, że włosy nie stanowią już dla mnie tego samego. Doszłam do tego, co chciałam osiągnąć i to chyba naturalna kolej rzeczy:) Po głowie chodzą mi różne pomysły, ale ze względu na konwencje bloga i moją chęć jej zachowania, podciągam to wszystko do molekularnego poziomu włosa i drażę temat dalej! Zapraszam wszystkie chętne, które także chciałyby częściej korzystać ze swoich włosów w kontekście tworzenia fryzur!:))

Patronka tej serii została wybrana nieprzypadkowo. Jest dla mnie symbolem czystej radości, przekory i odwagi. Nie wolno spać z nogami na poduszce? Pippi własnie tak spać musi! Warkocze powinny grzecznie przylegać do głowy? Fryzura Pippi nie zna zasad grawitacji!

Wydaje mi się, że czasem łatwo zapomnieć nam, damskiej części kuli ziemskiej, o tym, że nie ma spisanyh zasad jak postępować. Wszystkie miejsca trąbią o tym, że nie musimy być idealne, a bez makijażu i fajnych ciuchów też wyglądamy super, ale... przynosi to też inny niż zamierzony skutek. Pogłębia w niektórych glowach binarność, więc jeżeli bez makijażu jestem piękna, to z czasem malując się, mogę czuć, że paradoksalnie, nie upiększam się ani trochę. Że ubierając wysokie buty nagle przechodzimy na tą "złą" stronę kobiet, które tylko się stroją i niewiele sobą reprezentują... Malując się na jakiś egzamin, zastanawiamy się czy nie lepiej byłoby iść bez makijażu i w płaskich butach, bo ktoś może nas posądzić o to, że czas spędzony na strojem mogłyśmy poświecić nauce tego, czego nie będziemy wiedzieć. Zapominamy o równowadze, a to jest klucz do poprawnego rozumienia, że jestem kobietą i mogę o sobie całkowicie decydować. To nie stroje, makijaż czy fryzura mnie definiują. One jedynie dopełniają całości!

Pippi nie ma nic wspólnego z idealnie dobranymi strojami czy perfekcyjną fryzurą i właśnie dlatego, że jest przeciwieństwem, jest twarzą tej serii. Mam prawo decydować o moich wyborach i chcę czasem żyć na przekór. Nie wszystko jest i nie wszystko będzie pod linijkę. To zależy tylko ode mnie i od Was! Chciałam napisać, że nie przepadam za feministkami, ale gdy walczą o to, o czym mówię, absolutnie to popieram. Zapomniałam, że świat jest dziś tak pokręcony, że nawet część z nich pewnie prędzej doprowadziłyby do binarności, czyniąc z kobiety postać w worku po ziemniakach, niż kogoś kto nie powinien podchodzić do bycia idealnym 24/h bez zastanowienia.

Nietrudno się dzisiaj zgubić, bo drogowskazów jest paradoksalnie zbyt dużo.

Wracając do naszej bohaterki, dzisiejszy wpis będzie poświęcony jej zdjęciom. Na poprawę naszych humorów, przypomnieniu sobie, że mamy w sobie takie małe, niezależne dziewczynki, szczególnie jeśli chorobliwie często chcemy prezentować się tylko i wyłącznie jako idealne damy.

Mamy w sobie wszystkie te wcielenia, więc nimi mądrze żonglujmy!

Oto i ona!












Koniecznie dajcie znać, czy i jak dbacie o Pippi wewnątrz siebie!:))





PS: Za tydzień wpis będzie o wspaniałych warkoczowych fryzurach, więc serdecznie Was zapraszam!





środa, 9 sierpnia 2017

UP UP UPdate! AKTUALIZACJA sierpień 2017

Witajcie!

Przybywam z sierpniową aktualizacją! Po zeszłorocznych wakacjach myślałam, że nie można mieć bardziej przyspieszonego kursu ogarniania papierologii. Los wybrał inaczej. No cóż... W takim razie zdjęcia nie będą dziś należeć do normalnych:D Aktualizacja skupi się oczywiście na włosach, ale znajdzie się też kilka nowszych kategorii, co znacznie ułatwi mi egzystencję i wzmoży we mnie chęci do dzielenia się tym, co odkryłam. Blog jest o włosach, ale ja to blog, a jeśli tak to.. czy ten blog był kiedykolwiek tylko o włosach?:D Zapraszam, jeśli jeszcze się nie zniechęciliście opisem, a tak jak ja, jesteście ciekawi jak wygląda zestawienie tego, co robiłam z włosami, jak żyję i w ogóle!:)


Czego używałam w tym miesiącu?


szampony: Babydream, Quinua

odżywki: Isana Professional do włosów brązowych, Garnier Ultimate Blends

dodatkowo: olej rzepakowy, Gliss Kur złoty

Jak widzicie chaos, lecz uwierzcie, kontrolowany! Mimo, że na myślenie o włosach nie miałam w tym miesiącu za dużo czasu, zawsze używałam odżywki po myciu, a wychodząc, zabezpieczałam włosy odżywką w sprayu. Zdarzyło mi się raz olejować włosy i byłam bardzo zadowolona, ale jak widzicie był to tylko ten skromnie nazywający się, olej rzepakowy, więc niecierpliwie czekam na wypróbowanie medium grzejnych, do których mam dostęp tu gdzie obecnie przebywam. Szanowna profesor od chemii powinna mi podwyższyć za zapamiętanie terminu ocenę z egzaminu żebym uwierzyła w piątki na studiach! Wracając na ziemię, nieśmiało robię listę tego, co chciałabym wypróbować, a ze względu na to, że mieszkam teraz w kociołku, gdzie jest przeogromna liczba ludzi z Indii, mam naprawdę problem:D

Włosy na tą chwilę:


Chciałam zrobić bardziej londyńskie zdjęcie...

a wyszło jak zawsze...:D

NOWOŚĆ

Nowością w tym miesiącu na pewno było to, że starałam się częściej spinać włosy. Ostatnimi czasy ćwiczę różne upięcia(post o tych, które mimo prostoty wykonania sprawiają mi problem ze względu na długość moich włosów TU). Wychodzi to coraz lepiej, a jestem konkretnie zainspirowana ze względu na to, że muszę mieć w pracy związane włosy;) Nie wspominając, że wszystko wyszło przez to, że skróciłam grzywkę, o czym pisałam TUTAJ.

Nowością, chyba można powiedzieć, że totalną jest też masa rzeczy w Anglii i bynajmniej nie chodzi mi o obecność piętrowych autobusów czy ruchu lewostronnego:D Cierpliwie wszystko spisuję i na pewno Wam opowiem o chwilach, kiedy moja mimika miała kolejne okazje do zaprezentowania swojego wachlarza możliwości!


MUZYKA

Ja wiem, że to już nudne i słabe, ale od maja męczę płytę Julii Pietruchy. Oby nagrała drugą to może ta mi się odpętli:D Przebiła nawet Piotra Bukartyka, który PO PROSTU zaczynał mi grać w głowie. Z płytą Parsley chętnie jeżdżę autobusami, pracuję, kąpię się i mogłabym pewnie zasypiać, gdybym chodziła spać wolniej niż ostatnio:D

Pojawił się też kolejny facet na mojej playliście, o którego nigdy bym siebie nie podejrzewała, bo muzyka , którą wykonuje,kojarzyła mi się zawsze z jakąś trochę negatywnie brzmiącą inteligentną szlachtą. Ale jak tu go nie lubić z TAKIMI tekstami i stylizacjami... Jakbym była facetem, chciałabym umieć żonglować słowem podobnie do niego!







No może... jest coś jeszcze. Kiedyś wspominałam na blogu, że lubię myśleć jadąc tramwajem, że prowadzi go Karol Krawczyk. Odnosząc się do jego osoby, ostatnio w pracy grała mi w głowie piosenka, którą znalazłam(albo ona znalazła mnie) na YouTube...


Karol by mnie zjadł, ale niestety fragment, który nie dawał mi spokoju rozpoczynał się od JAKI CUDOWNY JEST TADZIO NOREK...


MIEJSCE MIESIĄCA

Są dwa - Natural History Museum i The Science Museum. Jestem nimi bardzo oczarowana i zaczęłam nawet wszystko tu opisywać, ale wyszło tego zbyt dużo i powstanie osobny wpis:D Post ze zdjęciami i moimi wrażeniami pojawi się niebawem, więc serdecznie zapraszam!:))


FILM

"Ostatnia rodzina". Dopiero teraz go obejrzałam, bo efekt snoba nie pomaga mi w sięgnięciu po coś co jest aktualnie popularne i wszyscy chcą to obejrzeć:D Trochę się bałam, trochę jednak ufałam obsadzie, bo Andrzej Seweryn to klasa sama w sobie, Dawid Ogrodnik to kosmita uzdolniony jak mało kto, a reszta aktorów i sama historia Beksińskich i obrazy, a właściwie ich styl, których chyba wstyd byłoby w ogóle nie kojarzyć, naprawdę nie zawodzi, że film może być interesujący. Bardzo ciekawie przedstawiona historia, świetna gra aktorska(porównując z oryginałami). Nie udaję, że zagłębiałam się w postać Tomka Beksińskiego przed tym filmem, bo szczerze mówiąc nie słyszałam o nim zbyt wiele i widocznie to nie były moje czasy, bo akurat muzyka jak najbardziej. Nie mogę więc dyskutować czy w filmie przedstawiono go nieprawdziwie, ale bardzo możliwe, że uwypuklono te cechy, których jego otoczenie zwyczajnie nie odczuwało w takim stopniu.

Jeśli lubicie polskie kino tak jak ja, bardzo polecam! Chciałam dopisać, że tylko jeśli lubicie bardziej polskie wszystkie inne gatunki od komedii, bo wiemy jakie wychodzą ostatnimi laty komedie, z naciskiem na ROMANTYCZNE, ale... Oglądałam też w tym miesiącu "Planetę singli" i już nie mogę tak napisać. Świetnie zrobiony film, z jakimś przekazem i faktycznie humorem. A lalkarstwo nie mogło nie wpłynąć pozytywnie na jego odbiór:)


Ode mnie to na dziś tyle.

W tym tygodniu zapraszam Was na post z nowej serii, którą rozpoczynam!

A jak Wam minął lipiec?:))


poniedziałek, 31 lipca 2017

MOJE WŁOSY SĄ ZA DŁUGIE czyli najgorsze fryzury na mojej głowie

Witajcie!

Stwierdziłam ostatnio przeglądając różne włosowe inspiracje, że jeszcze nigdy nie poruszyłam tematu od tej strony, a byłoby o czym mówić. Pewnie większość włosomaniaczek dąży do posiadania zdrowych, długich włosów i chętnie ogląda motywujące zdjęcia. Sama również bardzo to lubiłam gdy włosy były krótsze i szczególnie zachwycałam się rozpuszczonymi pasmami do albo za kolana. Często też wśród takich inspiracji znajdowałam tutoriale fryzur, które maksymalnie zdobywały moje serce - były wystarczająco proste, żebym wykonała je sama i wyglądała efektownie. Pełna zapału brałam się do roboty i...

czułam, że przekroczyłam próg włosomaniaczego bólu a jednocześnie niestety, możliwości wykonania też akurat tego, co wpadało mi w oko:D Teoretycznie powinno mi być przy długich włosach łatwiej w kwestii fryzur. Tak przynajmniej wydawało mi się zawsze gdy byłam młodsza i nie było zbyt wielu upięć, które robiły na moich włosach efekt wow. W końcu przecież nic nie wystaje, można dużo zaplatać, a podpięcie może znacznie zmienić mój wygląd. Dziś udowodnię Wam, że krótkowłose nie powinni narzekać, bo naprawdę istnieją fajne fryzury, których im zazdroszczę:D Jesteście ciekawe z czym się męczyłam? Zapraszam do czytania!

Oto moje najuciążliwsze zmory:


1. Zawiniątko


AAA! Tyle razy męczyłam się już z tą profesjonalnie nazwaną przeze mnie fryzurą:D Pamiętam, że w liceum moja koleżanka szczególnie ją sobie upodobała i kilka razy o tym rozmawiałyśmy, więc spróbowałam i na moich włosach. Liczyłam na efekt grubszego koka, ale niestety zawsze był dość chudy, a na dodatek kucyk przekładany tyle razy(długość włosów robi swoje:D) pogłębiał odstęp między głową, a "zawiniątkiem" na tyle, że traciło to fajny wygląd. Przypinałam wtedy kok do włosów, ale jego ciężar i ciężki do ukrycia odstęp skutecznie mnie zniechęcały.

Na szczęście jest trik, który mnie ratuje i na pewno opowiem Wam o nim w poście o moich ulubionych fryzurach:))

2. Kok banan - kok francuski



Należę wraz z moją katechetką z przedszkola, panią bodajże Helenką i ulubioną aptekarką do tej wyjątkowo nielicznej grupy kobiet, które nie wstydzą się bycia fankami tego upięcia:D Strasznie mi się podoba i tyyyle razy próbowałam je zrobić, że od około 1,5 roku nawet nie próbuję, dobita, że nie umiem. To jest ten rodzaj upięcia włosów, gdy wyraźnie czuje, że moje są o jakies 20 cm zwyczajnie za długie:(



Dla podniesienia mojej motywacji z fundamentów, wstawiam drugi tutorial. Dziewczyna i tak ma dużo krótsze włosy niż ja, ale wyjątkowo długie jak na to upięcie i wyszło!


3. Bubble bun - słynna baza do kokardy



Wstawiam obrazowy tutorial dla osób, którym nazwa nic nie mówi, ale wiem, że są różne szkoły robienia tego koka i faktycznie powinien być fryzurą w 3 minuty. Podstawowa jest taka, że po zrobieniu tej pętelki, przekładamy przez nią kitkę a dopiero potem owijamy wokół podstawy koka i zaczepiamy końcówkę włosów w gumkę. Gotowe.

Wszystko byłoby naprawdę pięknie też w moim przypadku. Pętelka - nie ma problemu! Przełożyć resztę włosów przez pętelkę - wykonane! Owinąć włosy wokół podstawy koka, a potem zaczepić je o gumkę - pół godziny owijania, a potem przewracanie się z powodu tego, jak straszliwie zakończony tak kok ciągnie:D To jest na pewno fryzura, nad którą będę jakoś kombinować, ale w moim przypadku na pewno nie będzie to wersja 3 minuty:D


4. Warkoczyki z tyłu



Takie warkoczyki dłuuugo mi się podobały i wiele razy próbowałam je zrobić. Mega prosta fryzura, a dodaje uroku. Chyba, że warkoczyki są tak długie, że można by je spiąć, ale na czole, po owinięciu tyłu głowy tak jak pokazuje tutorial:D Fryzura, która wymagała znacznej modyfikacji i na pewno wyglądałaby świetnie u kogoś z krótszymi włosami!


5. Warkocz korona jednorzędowy



Kilka lat temu, jakoś przed balem na zakończenie gimnazjum, znalazłam różne zdjęcia fryzur zrobionych na włosach tej modelki. Między innymi to. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak się gimnastykowałam, żeby wykonać coś podobnego na swoich włosach gdy był krótsze niż teraz:D Dopiero po jakimś czasie zobaczyłam, że przynajmniej momentami wygląda to u niej tak, jakby miała bardzo krótkie włosy. Ściąć moich po to, by móc nosić taką fryzurę, raczej nie zamierzałam, więc zdjęcie odłożyłam "na kiedyś", ale naprawdę, nawet po tych kilku latach, nie umiem się przekonać do jakiś kilkurzędowych koron, zakończonych a'la koki, zrobionych z bardzo długich włosów i wzorem jest dla mnie właśnie ta. Może jeszcze kiedyś się przyda!:)

5. Kok na wypełniaczu z warkoczem u podstawy




To chyba najśmieszniej wyglądająca na mojej głowie fryzura:D Kiedyś kiedyś zainspirowana podobnymi tutorialami kupiłam sobie wypełniacz. Jako tako zdawałam sobie sprawę z tego, że przeważnie dziewczyny z tutoriali mają krótsze włosy, ale nie było to żadną regułą. Dzięki temu niezrażona wykonałam dokładnie taki kok jak powyżej. Hmm... Wiecie jak to jest mieć dwie głowy? Ja wiem:D Warkocz, który zrobiłam by owinąć nim podstawę koka, nie miał końca, a na koniec wyglądało to tak jakbym oprócz drugiej głowy, miała również drugą szyję...

Od tamtej pory wypełniacz używam całkiem inaczej i jeśli już, wykonuję nim kok na tej samej zasadzie jak "skarpetkowy".


Robię go też tak straszliwie rzadko, że wypełniacz spokojnie leży sobie w szufladzie większość roku.


Chciałam napisać tego posta, by pokazać osobom, z krótszymi włosami niż moje, że mają naprawdę super fryzurowe możliwości! Jest tyle prostych upięć, które można zrobić samemu i odmienić wygląd włosów. Co do mnie... Będę walczyć z nimi dalej i szukać kompromisów. Albo ewentualnie tworzyć swoje własne:D


Jestem bardzo ciekawa z jakimi upięciami Wy miewacie problemy. Może łączy nas coś więcej? A może macie jakieś swoje patenty na upięcia,  których wspomniałam?:D


*Wszystkie zdjęcia pochodzą z pinteresta

piątek, 28 lipca 2017

CO Z BLOGIEM/ CO ZE MNĄ?

Witajcie Kochani!


Postanowiłam, że w osobnym poście odniosę się do zmiany wyglądu bloga i nowego nagłówka.
Gdy założyłam cotymasznaglowie miałam 17 lat, nałogowo czytałam blogi włosomaniaczek wyszukując tych, które mają jak najdłuższe włosy, ale nie mogłam znaleźć wieeeeeeeeeelu informacji, które mnie wtedy interesowały. Budziłam się z pomysłami na tamten czas z lekka ekscentrycznymi. Wpisywałam w internet, szukałam. PUSTO

To, że nic nie znajdowałam, nie oznaczało, że nie próbowałam tych rzeczy wykonać:D Własnie w tym rzecz, ciągle komibinowałam, szczególnie w kontekście pielęgnacji włosów i stwierdziłam, że cudownie byłoby się tym dzielić.

Zmieniłam się ja i zmienia się także ten blog. Nadal bardzo lubię się z Wami dzielić moimi włosowymi i nie tylko doświadczeniami, odkryciami i inspiracjami, ale jednocześnie chciałabym wyjść trochę ponadto. Kiedyś żyłam głównie eksperymentami na włosach  i z niecierpliwością oczekiwałam mycia, żeby móc wypróbować kolejny produkt/sposób, a później się tym podzielić. Dziś włosy zajmują wciąż ważne miejsce w mojej historii i podejściu do wielu spraw, ale patrzę na to szerzej. To już nie tylko materiał do osiągania genialnych efektów i słuchania słów uznania. To coś, dzięki czemu odkryłam jak bardzo interesuje mnie jak dużą rolę w naszym zdrowiu odgrywa wybór paliwa, którym się żywimy, podejście do świata i poznawanie siebie, dzięki wszystkim doświadczeniom, które przeżywamy.

Nagłówki od tamtego czasu trochę ewoluowały, a ostatni wprowadził taki nastrój, że mój blog spokojnie mógłby zdobyć tytuł najbardziej nostalgicznego:D Stwierdziłam, że czas to zmienić. Jest energia i są chęci, więc komplet! Nowy nagłówek to nie dowód na to, że włosy bez dostępu dziennego i ogólnie pełnego światła, są zawsze pięknie lśniące, odbite od nasady i nienaganne.
Moje włosy często żyją własnym życiem. Ja tym życiem jako tako kieruję, ale nie kontroluję w stu procentach i nie chcę, bo wszystko podporządkowałabym tylko pod to by wyglądać w każdym momencie idealnie. Nie w tym rzecz:) Moje włosy pośród tych wszystkich manekinów to trochę też ja w wystylizowanym blogowym świecie:)

Osobiście nie chciałabym przebranżowić bloga. Jest i będzie o włosach. Takie miałam założenie wymyślając COTYMASZNAGLOWIE i ta myśl pozostanie niezmienna. Żeby pisarsko wyżyć się w innych tematach, pracuję nad odrębnym projektem, który powstał jakiś czas temu i pozwolił mi zdjąć z siebie uczucie, że POWINNAM coś napisać. Dziś piszę gdy naprawdę czuję, że muszę, muszę, muszę. I jest naprawdę super:) Podzielę się nim z Wami na pewno niedługo, ale póki co jest to jeszcze tajemnica. Tajemnica, przez którą nie zamierzam jednak zaniedbywać miejsca, które stworzyłam tutaj!

Chciałabym, żeby nowy wygląd tego bloga był dla Was znakiem ode mnie, że wciąż jestem, z chęcią czytam wiadomości od Was, uczestniczę w blogowym życiu, nawet gdy chwilowo milczę. Staram się dzielić tym co mi się przytrafia w jak najbardziej przystępny sposób oraz nadal jest tu to samo miejsce, co wcześniej. Nad wyglądem czuwam sama, co jest i zaletą i wadą; zdjęciom możliwe, że często daleko do blogowych ideałów, a chaos z mojej głowy, który formułuje w zdania przeplecione czasem specyficznym poczuciem humoru, nie stawiają mojego bloga, w ukochanej kategorii BLOG KOSMETYCZNY. Zresztą, recenzje kosmetyków tworzyłam z taką namiętnością, że ciężko powiedzieć, czy kiedykolwiek się do tej kategorii mógł zaliczać:D

I powiem Wam: bardzo dobrze!

Cieszę się, że trzymałam i trzymam kurs, który obrałam kilka lat temu. Cieszę się i dziękuję każdemu wierzącemu we mnie czytelnikowi z osobna, za to, że wciąż tu wpadacie i podglądacie moje poczynania.


Uściski dla Was i do usłyszenia!:))