środa, 23 września 2015

Smutna historia pewnego dreada... + zdjęciaa

Witajcie!

Jakoś na początku wakacji zapowiedziałam na blogu post o moim nowym nabytku, nowym synku, który faktycznie przyszedł na świat. Gotowe były również zdjęcia do posta, dread został doczepiony do moich włosów. Dlaczego więc post nigdy się nie ukazał?

Zacznijmy od początku...

Wiem, że z reguły babcie lubią eksperymentować z włosami. Może nie tyle eksperymentować, co spotykać się z fryzjerem albo generalnie wykonywać zabiegi na włosach. Z moją Babcią jest zupełnie inaczej. Ma bardzo długie, grube włosy i niespecjalnie pozwalała mi się ich dotykać aż do pewnego magicznego dnia... 

Rozmawiałam z nią na temat pielęgnacji (oczywiście wie, że mam bloga i oczywiście na każdą prośbę "Będę mogła tam pokazać Babci genialne włosy????" odpowiadała, żebym się nie wygłupiała:D) i w pewnym momencie zapytałam, czy może chciałaby żebyśmy zrobiły coś z jej włosami. Wcześniej robiłyśmy już maseczkę na twarz ze spiruliny, więc opowiadanie jej o produktach, których używam nie jest dla niej czymś zupełnie nowym. Zaczęła mi opowiadać, że w ostatnich miesiącach ma duże problemy z rozczesywaniem końcówek. Jej włosy były ostatni raz obcinane wiele lat temu, dlatego też zaproponowałam, że mogę to zrobić, a jako osoba z długimi włosami, myślę, że jestem bardzo przekonywująca mówiąc "OBETNĘ NAPRAWDĘ TYLKO ZNISZCZONĄ CZĘŚĆ A W RAZIE CZEGO BĘDZIEMY PODCINAĆ WIĘCEJ PO UZGODNIENIU!". Tak też się stało i z włosów do pasa, których końce były bardzo przerzedzone, otrzymałyśmy taki efekt:


Jako profesjonalny fryzjer, zapewniłam Babci atrakcje - miłą atmosferę w towarzystwie dziwnych żartów i natychmiastowe olejowanie z użyciem oleju kokosowego oraz uroczyste przekazanie jego porcji na "potem". Ścięłam około 15 cm, ale uwierzcie końce były bardzo zniszczone, Babcia rozczesując je bardzo się męczyła i przez to, że ciągle się plątały, wiele z nich wyrwała, więc ostatecznie końce były w opłakanym stanie. Po olejowaniu zrobiłyśmy warkocza i według mnie wyglądał nieziemsko:



Jego rozmiary przy moim, w którym jest jeden dread są naprawdę kosmiczne. Niestety, Babcia nie mogła cieszyć się spokojem po tym zabiegu, ponieważ jej nad wyraz eko wnuczka uknuła pewien plan... Postanowiłam zużyć suche końce, które ścięłam, do stworzenia sobie dreada. Zawsze chciałam mieć jasnego dreada, którego mogłabym farbować, jednak szkoda było mi mojego brązowego na przygody z rozjaśniaczem a potem męczenie się, gdyby życie z nim było inne niż w moich oczekiwaniach. Zabrałam się do pracy i po może godzinie powstało coś takiego:




Jego pierwsza postać była oczywiście bardzo owłosiona i mięciutka. Należało to jak najlepiej dopracować i ostatecznie mój nowy przyjaciel był już gotowy:




Był bardzo jasny, jednak nie biały jak generalnie włosy mojej Babci, ponieważ na końcach miała pozostałości po blond farbie nakładanej kilka lat temu. Kolor absolutnie nie pasował do moich włosów i wyglądało to strasznie, dlatego postanowiłam zmienić go na mój nostalgiczny fiolet (w gimnazjum miałam ok. 2 lata dwa fioletowe dready). Przed tym jednak umyłam całego a potem zrobiłam mu kąpiel w ziołowej herbatce, żeby bardziej go podsuszyć. Następnie kupiłam gencjanę, nalałam do foliowego woreczka moją nieśmiertelną Isanę Professional i dodałam do tego ok. 15 kropel gencjany. Chciałam uzyskać baardzo intensywny fiolet. W trakcie oczekiwania na to aż dread "załapie", wyglądało to tak:




Był to naprawdę świetny pomysł, ponieważ mogłam dopilnować palcami (przy tym absolutnie się nie brudząc), żeby w każde miejsce dreada dotarł kolor. Po około 30 minutach, wypłukałam dreada i podsuszyłam. Poniżej jest małe porównanie koloru, który otrzymałam, z moich kupionym syntetykiem:



 W celu doczepienia mojego nowego nabytku, musiałam zrobić malutkiego dreada z moich włosów, zaraz obok mojego pierwszego dreada. Porcja włosów, którą na to przeznaczyłam była oczywiście niewielka, ale w mojej opinii wystarczająca na utrzymanie fioletowego dreada. Jedynym problemem była moja niecierpliwość:D Sama zrobiłam tego malutkiego dreada absolutnie z tyłu głowy co było wyzwaniem, bo znajdował się na środku, a potem samodzielnie doczepiłam nowe dziecko:


Brązowe włosy, które odstają w miejscu łączenia to niedociągnięcia, które chciałam po prostu obciąć. Tamtego dnia moje palce były bardzo zmęczone i najważniejsze było już tylko, że dread nie odpada. Nauczona również poprzednimi doświadczeniami z doczepianiem dreada, który potem buntuje włosy wokół i mam zamiast jednego, kilka dreadów, wykorzystałam mulinę do owinięcia włosów najbliżej głowy, dzięki czemu zapewniłam im izolację od włosów.


Dumna mama:D Przeżyliśmy razem około miesiąca, ale potem pewnego dnia (chusteczka w dłoń!) mój syn odpadł, a ja nie miałam po prostu motywacji by go doczepić. Wspólne chwile były naprawdę miłe, jednak generalnie nie czułam się zbyt dobrze z tak mocnym kolorem, a na dodatek dread był bardzo długi. Tuż przed maturą, na jednych z zajęć przygotowawczych, tak się denerwowałam, że oderwałam końcówkę mojego brązowego dreada:D Od tamtego czasu nie doczepiłam tych 10cm, bo naprawdę z krótszym dreadem żyję mi się lepiej. To niestety przeważyło na los drugiego brata w czasie po maturze, którego nie potrafiłam do końca zaakceptować. Ostatecznie zostałam z moim starym dreadem i z jednym nowym malutkim, do którego doczepiałam fioletowy.

Mały łobuz był naprawdę bardzo irytujący, ale zbyt uroczy by go obciąć. Wciąż uciekał z koka, wystawał z warkocza, a przy rozpuszczonych włosach niejednokrotnie robił wrażenie większego chaosu niż był na mojej głowie w rzeczywistości:D Dlatego też w ostatnich dniach zakończyłam całą przygodę z fioletowym dreadem, ostatecznie rozplątując krótką bazę, do której go doczepiałam. Włosy są jako tako odratowane (te, z których zrobiłam bazę do fioletowego były krótsze niż reszta i pamiętały czasy fioletowych dreadów w gimnazjum, więc nie jest mi jakoś specjalnie szkoda ewentualnych zniszczeń), ja zadowolona i nareszcie wolna!

Prawdopodobnie nie znacie nikogo innego kto robiłby dready z włosów swojej Babci... Lecz z drugiej strony chyba tylko wariaci są coś warci?:)


poniedziałek, 21 września 2015

Niedziela dla włosów - pomyłka

Witajcie!

Byłam tak zafascynowana, że nareszcie moja maskowa kolekcja się powiększyła o Isanę Oil Care, która wszyscy tak zachwalali aż tu nagle okazało się, że kupiłam odżywkę:D Ostatecznie dziś zaopatrzyłam się także w sławną maskę, jednak niedzielna pielęgnacja była oparta na jej (mniemam po wzroście) starszej siostrze. Zapraszam do czytania!

Co zrobiłam?


mycie (nareszcie całej długości): YEGO + kawa

odżywianie: Isana Oil Care Spulung


Efekty:



Nałożony na włosy kosmetyk przebywał cały czas pod folią i dodatkowo wszystko podgrzałam suszarka a potem śmigałam w mojej czapce z uszami, więc chyba z mojej strony wszystkie punkty zostały spełnione. Co do efektów, szczerze mówiąc są zaskakująco dobre:D Włosy są bardzo miękkie i łatwo się rozczesują. Generalnie efekt jest taki sam jak po innej odżywce Isana, którą namiętnie używam od wielu lat. Co do tej nowej miałam pewne obawy ze względu na Isopropyl Alcohol, którego mojego włosy jakoś specjalnie nie lubią. Na szczęście okazały się one bezpodstawne. W słońcu włosy naprawdę pięknie lśnią po tej niedzieli, a poza tym wciąż nie rozumiem, jak można nie kochać Isany:D Każda odzywka z ich firmy mimo baardzo niskiej ceny zawsze nawilża moje włosy Nie jest to oczywiście efekt jak po bogatszej masce, ale dla moich ostatnio (tfu,tfu) bezproblemowych włosów, jest to perfekcja. 

Dodatkowo ta niedziela była z kilku powodów bardzo ważna, jednak włosowym, główny powodem było pożegnanie się z moim malutkim synkiem. W tym tygodniu przybliżę Wam jego historię, bo myślę, że to naprawdę materiał na film. Jeśli jesteście fanatyczkami dramatów z wątkami miłosnym i intrygami, zaopatrzcie się w chusteczki, bo ten post może być naprawdę czymś, czego nie przetrwacie bez miękkich pomocników.

 Wracając do tematu niedzieli, na zdjęciu widzicie włosy po całym dniu noszenia. Rano nałożyłam na nie kroplę serum, ale i ono nie zapewnia mi całodziennego błogostanu i zawsze potrzebuje jakiegoś pielęgnacyjnego wsparcia. W tym ta odżywka spisała się bardzo dobrze. Czekam z niecierpliwością na czas, gdy przetestuję maskę, bo skład wygląda dużo ciekawiej niż użyty przeze mnie w tę niedzielę kosmetyk:)

A Wam jak minęła niedziela?:))

piątek, 18 września 2015

Nakarmi, zmatowi, uratuje i zawsze zrozumie - mąka żytnia!

Witajcie!

Na moim blogu w przeciągu tego roku pojawiło się kilka napomknięć na temat mąki żytniej. Mimo wszystko jednak ten temat jest dla mnie wciąż źródłem niekończącej się fascynacji i wciąż czuję niedosyt w kwestii zapoznania Was z mocą tej mąki. Co nieco mogłyście przeczytać TU, gdzie opisuję efekty po umyciu włosów szamponem stworzonym z mąki żytniej i wody. Od tego czasu troszeczkę ewoluowałam w kwestiach wykorzystania tej mąki i chciałabym przybliżyć Wam moje aktualne metody wykorzystywania tak łatwo dostępnego, a dającego taki ogrom możliwości produktu. Zapraszam do czytania!



Podstawowa sprawa:

Jaką mąkę wybrać?

Przez ten rok przetestowałam różne mąki żytnie i szczerze mówiąc wszystkie w pielęgnacji były takie same. Różniły się tylko czasem stopniem zmielenia - jedne były gładsze, drugie mniej, ale oczywiście nigdy nie dostaniecie tej mąki w tak gładkiej postaci jak pszenna czy ziemniaczana, więc nie warto się tego bać. Póki co nie mam swojego jednego faworyta i jeśli się to zmieni, na pewno wprowadzę tutaj nazwę!:)

Najważniejsze dwie zasady:

Z całego serca polecam przesianie mąki przed przygotowywaniem poniższych "kosmetyków". Może Wam to wiele ułatwić w późniejszym czasie i nie narażać skóry na żadne niedogodności ani Was na dyskomfort (pozostałości na niej niezmielonych elementów). Moja druga zasada to przygotowanie kosmetyków z świeżo otwartej mąki. Wiadomo, że w trakcie przechowywania w kuchni może ona częściowo stracić swoje własności absorbujące. Dlatego też gotowe kosmetyki od razu przesypuję do plastikowych pudełeczek (jak te na zdjęciu) i trzymam w łazience.

Co możemy zrobić z mąki żytniej?

1. Szampon

Blog jest włosowy, więc zaczniemy oczywiście od tej partii ciała:D Stworzenie takiego szamponu polega na zmieszaniu kilku łyżek mąki żytniej (ilość zależy od długości włosów) oraz wody. Polecam zacząć od 2 łyżek mąki żytniej i zmieszać je z 2 łyżkami wody, a w razie potrzeby stopniowo dodawać mąkę. Konsystencja zależy od Was choć oczywiście łatwiej będzie nakładać bardziej płynny szampon.

Kilka wskazówek:
  • jeżeli razi Was zapach tej mikstury (dla mnie nie było to zbyt przyjemne) to polecam spróbować z dodaniem olejku eterycznego lub małą porcję odżywki o intensywnym zapachu, która nadaje się do mycia włosów
  • jeżeli obawiacie się, że po umyciu we włosach pozostanie widoczna mąka (dla mnie nie jest to ogromny problem, bo zawsze zostaje na nich niewiele i z czasem po prostu spada), przesianie jej przed zrobieniem szamponu powinno w 90% zapobiec temu efektowi.
  • jeżeli macie ochotę zmodyfikować ten przepis czymś także z kuchni, polecam Wam wypróbowane przeze mnie dodatki:
- kakao - działa lekko nawilżająco i bardzo możliwe, że poprawi też zapach naszego szamponu

- kurkuma - dzięki właściwościom naturalnie odkażającym, myślę, że to naprawdę świetny pomysł na dodatek do szamponu. Skóra na głowie to wciąż skóra i od czasu do czasu warto byłoby zadbać o nią tak jak o skórę na twarzy:) Jedna uwaga: OSTROŻNIE Z ILOŚCIĄ! Zbyt duża ilość kurkumy może spowodować, że nasz skalp będzie żółty. Moim złotym środkiem na to jest po prostu dodawanie malutkiej ilości. Czuję wtedy, że zrobiłam coś dla skalpu, ale też dla swojego komfortu:)

- fusy z kawy - doskonałe w momencie gdy potrzebujemy peelingu a jednocześnie mogą pomóc przy zmianie zapachu szamponu na bardziej pobudzający.

Tak przygotowany szampon trzymam na głowie kilka minut (2-5) i zmywam.

2. Puder do twarzy

Tu podstawą jest bardzo dobrze przesiana mąka. Ja mąkę na mój ostatni puder przesiewałam 3 razy i mogę powiedzieć, że jest wystarczająco gładka i wolna od wszelkich elementów, które trzeba potem specjalnie zdejmować. Używam jej jako pudru już naprawdę bardzo długo. Zależy mi przede wszystkim na bardzo mocnym macie i w tym mąka żytnia jest naprawdę bardzo dobra. Przez całe lato używałam jej regularnie i nie zauważyłam żadnego przesuszenia. Nie obyło się też oczywiście bez poprawek po kilku godzinach - wszystko jak zawsze zależy od naszej skóry, ale w takie lato jak tegoroczne, chyba ciężko byłoby się obyć bez poprawek:D

Co możemy dodać do pudru?

Generalnie ja używam wersji bardzo podstawowej, do której dodaję wcześniej wspomnianą kurkumę. Porcja jest ponownie maleńka, bo nie chcę mieć żółtej skóry. Zamiast kurkumy w celu nadania pudrowi właściwości antybakteryjnych, możemy dodać cynamonu. Ja tego nie robię, bo bardzo podrażnia moją skórę, która z reguły nie reaguje na żadne alergeny więc bądźcie z tym ostrożne!:)

3. Naturalny bronzer

To zupełne szaleństwo. Teoretycznie możemy stworzyć sobie same bronzer i przepis może być jednoskładnikowy - gorzkie kakao. Ja stworzyłam sobie wersję kakao + puder żytni + troszkę kurkumy. W tym przepisie puder pozwala na otrzymanie mniej intensywnego odcienia i może uratować nas przed zbyt ciemnymi śladami. Myślę, że to bardzo interesujący przepis i jeśli nigdy nie próbowałyście stworzyć własnego bronzera, warto spróbować. Kakao  ma w domu chyba każdy, a zamiast mąki żytniej można użyć mąki ziemniaczanej, której nie trzeba przesiewać i która może nadać bardziej satynowe wykończenie.

Moja opinia o tym kosmetyku nie jest zbyt dobra - próbowałam z kakao różnych firm i niestety żaden stworzony bronzer nie dał się rozprowadzać równomiernie i tworzył na skórze plamy lub tak w nią "wchodził", że wyglądałam po prostu jak brudna:D Mimo wszystko jednak polecam Wam wypróbowanie tego przepisu, bo być może w moim przypadku jest to jakaś wina skóry i Wam wyjdzie to duużo lepiej:)

4. Pasta do mycia twarzy

Absolutny ulubieniec spośród wszystkich rzeczy, które mogę przygotować dzięki naszej mące. Podstawowa wersja - przesiana mąka żytnia, z małym dodatkiem wody jest doskonała do łagodnego oczyszczenia twarzy np. po nocy. Spokojnie radzi sobie z sebum i zostawia skórę matową w porównaniu z efektem po umyciu zwykłym żelem do twarzy. Jedyny jej minus, który należy korygować dodatkami to według mnie to, że w żaden sposób nie nawilża i skóra po jej użyciu jest pod względem nawilżenia taka sama jak przed myciem, wiec przynajmniej w moim przypadku użycie kremu jest obowiązkowe/

Moje ulubione dodatki:

- kakao - kolor jest czekoladowy, zapach jest przyjemny a do tego moja skóra bardzo lubi delikatne nawilżenie jakie zapewnia jej ten produkt

- kurkuma - cel to oczywiście znowu nadanie własności antybakteryjnych

- czarnuszka - faworyt. Pasta z czarnuszką była najlepszą jaką zrobiłam (może oprócz tej aktualnej). Do przesianej mąki żytniej dodajemy rozdrobnioną czarnuszkę i gotowe. Moja czarnuszka była rozdrabniana blenderem, więc ziarenka wciąż były wyczuwalne, ale taki delikatny peeling był naprawdę bardzo przyjemny:) Do tego zapach mojej pasty, gdy wstawałam rano, dodawał mi energii i poczucia świeżości większego niż podstawowa wersja.

- spirulina - obecnie jest w mojej paście i nadaje jej lekko błotnego koloru. Spirulinę kupiłam 1,5 roku temu i niestety maseczki z niej nie są dla mnie zbyt korzystne, dlatego szukam innych metody na jej zużycie i pasta jest naprawdę świetnym wyjściem. Skóra po dodaniu spiruliny jest bardziej nawilżona i na pewno lepiej oczyszczona.

- węgiel aktywny - może Wy też czytałyście post u Aliny na jego temat? Jeśli nie polecam Wam się zapoznać z TYM WPISEM. Po jego przeczytaniu kupiłam w aptece węgiel i najpierw wypróbowałam jako maseczkę, a potem jako dodatek do pasty do mycia zębów, a ostatecznie wylądował w mojej paście do mycia twarzy i pudrze. Alina zaznacza tam, że węgiel potrzebuje przebywania na skórze przynajmniej 10 minut, a moja posta ma ze mną bliższy kontakt maksymalnie 3 minuty. Mimo wszystko jednak spróbowałam, ale ciężko mi powiedzieć o jakiś widocznych efektach. Dużo lepiej sprawuje się węgiel w formie maseczki. Jako dodatek do pudru, lekko barwił go na szaro (oczywiście używałam bardzo małych porcji węgla) i stosowałam go zbyt krótko by rzetelnie ocenić czy coś zmienił czy nie. Jeśli nie próbowałyście maseczki z tym produktem lub naturalnie lekko wybielającej pasty do zębów, polecam!:)

- glinki - w zależności od charakterystyki naszej skóry, dobrze dobrana glinka na pewno nie zaszkodzi nam w towarzystwie mąki żytniej. Kluczowa sprawa to jednak unikanie przesuszenia, więc raczej nie polecałabym tego dodatku jako składnika do pasty, którą macie zamiar myć twarz często.

Moim zdaniem warto przygotować sobie jedną pastę, która nie ma zbyt wielu składników, a jednocześnie nie jest zbyt uboga i w momencie, gdy będziemy potrzebowały wzmocnienia efektu oczyszczającego, możemy zawsze do porcji tej pasty dodać np. glinkę. Jest to mnie problematyczne niż przygotowywanie kilku wersji tej pasty - wersja łagodna, wersja oczyszczająca itd.

5. Puder do włosów - suchy szampon

Przy tym kosmetyku również warto dobrze przesiać mąkę. Pozwoli to uniknąć nadmiernej ilości jej pozostałości na włosach, które nie zawsze chcą zniknąć. Do tego pudru często dodaję też trochę kurkumy, ale częściej jest to kakao, ze względu na barwiące mąkę właściwości, zmieniające kolor na bliższy moim włosom.

Czy warto się bać tej mąki jako suchego szamponu?

Po wielu miesiącach aplikacji powiem Wam szczerze, że nie. Jednak warto przede wszystkim dobrze przesiać mąkę i druga sprawa: aplikować na czyste włosy. Wtedy nasz puder pochłania nadmiar sebum, który pojawia się z czasem a włosy oprócz większej objętości, są naprawdę dłużej świeże. U mnie spokojnie wytrzymują 3 dni gdy użyję mąki w dniu po pierwszym myciu i następnego dnia. Gdy zrobię to za późno, wygląda to tragicznie - mąka osadza się na włosach i jest bardzo widoczna. Po aplikacji na czyste włosy tego problemu po prostu nie ma. Wiadomo, że jest to produkt naturalny i ciężko uzyskać efekt jak po szamponie kupnym, ale myślę, że naprawdę warto spróbować i zaczynać z mniejszymi ilościami dobrze przesianej mąki. Dla mnie żytnia jest milion razy lepsza niż ziemniaczana, ponieważ ta druga okropnie lśni na moich włosach i nie czuję się z tym ani trochę komfortowo. Żytnia nałożona nie za późno, nie sprawia takich problemów i łatwo ją strzepać z włosów, gdy zostanie na nich coś widocznego.

Dodatki do suchego szamponu:

- kurkuma - ostrożnie, bo barwi. Ryzykuję z nią, bo myślę, że to dużo lepszy pomysł niż dodawanie cynamonu, który bardzo łatwo uczula. Jest to według mnie opcja bezpieczniejsza, choć wymaga wyczucia w porcjowaniu.

- kakao - brunetkom na pewno nie zaszkodzi:)

- glinka - być może to dobry pomysł, choć szczerze odradzam - przy regularnym stosowaniu fakt, włosy będą świetnie odbite od nasady, ale możecie poważnie przesuszyć sobie skalp. To jednak znowu kwestie indywidualne, więc zawsze można spróbować!

6. Tortilla!

Pielęgnacja pielęgnacją, ale to już powód, dla którego mąka żytnia jest moją prawdziwą królową:D Odkąd zmieniłam trochę perspektywę w kwestii mojej diety, mąka żytnia jest w niej obecna baaardzo często i po prostu traktuję ją jako zamiennik mąki pszennej. Czasem nie jest to zbyt smaczne i lepiej najpierw spróbować zestawu 1:1 mąka żytnia:mąka pszenna, ale to naprawdę świetna sprawa. Mój ulubiony przepis z tą mąką to ten poniżej, pochodzący z bloga VEGAZONE.

Przepis:

- 2 szklanki mąki (w przepisie jest pszenna, ale spokojnie można użyć żytniej. Jedyny minus tego to w moim odczuciu zmniejszenie elastyczności ciasta, ale z czasem wszystko można sobie wypracować:))

- 160 ml gorącej wody

- 2 łyżki oleju

- szczypta soli

W skrócie: mieszamy mąkę ze szczyptą soli, dodajemy gorącą, ale nie wrzącą wodę i olej a potem ugniatamy ciasto i odstawiamy na kilkanaście minut. Po tym czasie dzielimy ciasto (według podanych proporcji w przepisie, możemy podzielić je na 8 równych części. Ja dzielę na 4, co w efekcie daje po prostu grubsze blaty. Myślę, że przy dobrym rozwałkowaniu, spokojnie można otrzymać 8) i rozwałkowujemy na średnicę ok. 1-2 cm większą niż średnica patelni. Potem smażymy na suchej patelni, z nieprzywieralną powłoką i gotowe!

Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają zrobione według tego przepisu tortille (ale z mąki pszennej), polecam Wam wpis na wspomnianym wyżej blogu. Nie znalazłam prostszego, który dałby równie dobre tortille:)

Jako ambasadorka Polskiego Związku Miłości Do Mąki Żytniej ogłaszam oficjalne zakończenie tego posta. Nareszcie czuję, że informacji o tym produkcie jest na moim blogu więcej i nareszcie będę mogła spać bez wyrzutów sumienia.


Koniecznie powiedzcie mi co myślicie o używaniu mąki żytniej w pielęgnacji!:)


wtorek, 15 września 2015

Niedziela dla włosów - moje włosy znów lubią olejki?

Witajcie!

Dłuuugi czas niedziela nie była już dla moich włosów żadnym wyjątkowym dniem, dlatego z nadejściem mojej ulubionej pory roku, postanowiłam powrócić do dawnych zwyczajów. Nie wiem na jak długo, perspektywy są wciąż nieznane, ale skupmy się na dniu dzisiejszym! Post spóźniony bardzo bardzo leciutko, choć mimo wszystko, więc nie przedłużam i zapraszam do czytania!:)

Co zrobiłam?

olejowanie: Babydream fur Mama + Isana Professional

mycie: Babydream (skóra głowy) i Isana Professional (długość)

Efekty:


Ostatnie próby z olejowanie moich włosów metodą "na odżywkę" miały miejsce bardzo dawno temu. Wcześniej używałam do tego niebieskiej Isany i efektami byłam zachwycona (TU pisałam o tej metodzie i odżywce więcej), ale dziś już jej nie kupuje, więc użyłam mojej ulubionej odżywki do mycia. Ostatecznie włosy są naprawdę bardzo śliskie. Łatwo się rozczesują (choć generalnie nie mam z tym problemu to da się wyczuć różnicę, bo rozczesywałam je gdy były jeszcze lekko mokre) i mimo noszenia ich w formie kucyka, nie są tak podatne jak zwykle na plątanie się po jakimś czasie. Ogólnie efekt dociążenia, który zawdzięczam temu olejkowi baaardzo mi się podoba i zachęca do dalszych, bardziej regularnych eksperymentów.

A jak Wasza niedziela dla włosów?:))
 

sobota, 12 września 2015

Aktualizacja włosów - sierpień 2015 (cel 100 cm osiągnięty?)

Witajcie!!!!

Nie będę ukrywać, że bardzo bardzo się cieszę, że nareszcie mogę coś tu napisać! Po moich perypetiach z niedziałającym aparatem i brakiem godnego zastępcy, blog zapadł na wakacje w sen zimowy... Na szczęście ostatecznie aparat udało się naprawić i nareszcie możemy cieszyć się ponownie nieidealnie ostrymi zdjęciami moich okropnych, zbyt długich włosów:D Zapraszam do czytania!:)

Czego używałam w sierpniu?

mycie: Babydream, YEGO

odżywianie: Isana Professional (500ml)

olejowanie: olej Babydream Fur Mama, olej kokosowy

zabezpieczanie: serum Marion termoochrona 

Włosy na dzień dzisiejszy:



Na zdjęciu klasycznie lekko latające:D Jest to wynik mojej absolutnej dezaprobaty co do robienia zdjęć po nałożeniu serum.

Włosy w sierpniu były naprawdę bezproblemowe. Większość czasu spędziły w koku, a potem w lekcyjnych warkoczach, jednak korzystałam z nich też śmiało w czasie wolnym, gdy mogły być bardziej wyeksponowane i zniosły to naprawdę nieźle. W porównaniu z ubiegłym latem w tym roku moje włosy były prawie idealne - miękkie i otwarte na wszelkie współprace. Nie było mowy o żadnym przesuszeniu czy przyspieszonym niszczeniu się końcówek (pewnie przede wszystkim przez to, że nadal myję je w warkoczu, więc kontakt z detergentami jest naprawdę bardzo ograniczony). 

W tym miesiącu także pierwszy raz miałam okazję testować na nich słynny olej Babydream Fur Mama. Efektem, który podobał mi się najbardziej, był wzmożony blask, ale w innych kwestiach niestety tak jak inne oleje i ten nie opanował mojej czupryny. Używałam go na włosy suche, kilka razy na zmoczone i efekty były podobne, ale wciąż będę mu dawała szanse. Choć mimo wszystko, olej kokosowy + serum jest połączeniem nie do przebicia, więc częstotliwość zużywania olejku dla mam będzie bardzo, bardzo mała w kwestiach włosowych.

Także w sierpniu zmieniłam serum do zabezpieczania końcówek. Serum, którego używałam już baaardzo długo akurat nie było w sklepie i znalazłam same z alkoholem, więc dla eksperymentu (istne szaleństwo!) zdecydowałam się na ten gigantyczny krok i kupiłam serum termoochronne. Myślę, że na czasu gdy słońce atakowało dość intensywnie nie był to najgorszy pomysł:) Teraz oczywiście też go używam i jestem tak samo zadowolona:))

Około tydzień temu podcięłam moje włosy o jakieś 1,5cm ze względu na ciągle pojawiające się po jakimś czasie zniszczenia zlokalizowane niestety wyżej niż koniec włosów. Powycinałam większość z nich pojedynczo, a potem wyrównałyśmy cały dół w bardzo delikatny kształt U, od którego wciąż nie chciałabym odchodzić.

Liczbowo moje włosy urosły X cm (ciężko powiedzieć ile podcięłam dokładnie) i obecnie ich długość to:

od linii włosów: 97 cm

od czubka głowy: 87 cm


Wynika z tego, że cel na te wakacje (100cm) nie został ostatecznie osiągnięty, choć mam dwa "ALE":

1. Moje wakacje wciąż trwają więc przez miesiąc może akurat się uda:D

2. Absolutnie nie wyobrażam sobie unikać podcinania końcówek, żeby tylko osiągnąć jakąś liczbę centymetrów, bo brzmi to "imponująco", więc cieszę się, że nawet po podcięciu centymetrów jest wciąż duuużo:)

A jak Wam minął ostatni tak ciepły miesiąc?:))