czwartek, 14 grudnia 2017

Lśnij nawet nocą czyli ODBLASKOWY KOK na bezsenność!

Witajcie!

Zacznę od tego, że oprócz światła kojarzonego z ciepłem domowego ogniska czy efektem wysiłków ludzi by wyróżniali się według starej definicji od innych zwierząt, lubię wchodzić w to głębiej. Bo jeśli energia słoneczna staje się kluczowym elementem odżywiania roślin w procesie fotosyntezy, to czy na dobrą sprawę my, którzy je potem spożywamy, nie odżywiamy się pośrednio energią słoneczną? Takie dywagacje sprawiają, że mam momentami naprawdę smutne życie, bo nie umiem bez zastanowienia śmiać się z ludzi jak Stachurski, który staje się sensacją i powodem lekkich kpin w mediach, ponieważ ogłasza światu, że żywi się energią słoneczną... 

Ok, bezsennosć, już wszyscy wiedzą jaki z ciebie typ niepokorny, do rzeczy!

Około dwa lata temu mój dziadek załatwił dla mnie kilka wyborczych prezentów. Wśród nich z tego co pamiętam był między innymi breloczek z żetonem do wózków w markecie i opaska z odblaskiem. O ile breloczek ze względu na brak innych zastosować(póki co:D) pozostawiłam w spokoju, skupiłam całą uwagę na odblasku. Gdy byłam młodsza kojarzono je głównie z rowerzystami, obecnie ciężko mi powiedzieć czy nadal są w takim użyciu, ale... chyba nie myślicie, że będę opowiadać o nakładaniu jej na łydkę w czasie jazdy rowerem:D Zakładka KOLARSTWO jeszcze przede mną. Dziś zapraszam Was na mały rajd po długości włosów!

Zdarzają się naprawdę awaryjne sytuacje - nieprzewidziane wyjście, okazja do zrobienia koka bez posiadania wypełniacza czy chęć by choć raz mieć fryzurę stewardessy...


Czego potrzebujemy?

- odblasku w formie paska

- dwóch prawych rąk(ewentualnie jednej, ale grozi efektem jak na zdjęciach!)


KOK NA ODBLASKU krok po kroku:







Efekt końcowy na zdjęciu mnie osobiście nie zadowala, bo nie miałam lusterka żeby wykończyć go tak ładnie jakbym chciała. Na szczęście miałam okazję wypróbować kok już na kilku wyjściach i wiem, że mogę o nim spokojnie tu napisać:D W moim przypadku zabezpieczyłam go dodatkowo wsuwkami i trzymał się naprawdę długo, co ważne, nie ciągnąc za włosy.

Jak zmodyfikować ten sposób?

Jeśli nie macie aż tak długich włosów by to one warstwowo dodawały rozmiaru temu koku, można spróbować owinąć czymś odblask lub trochę podtapirować włosy przy robieniu fryzury.

Niedługo przybędę z aktualizacją, więc opowiem trochę więcej o tym co u mnie.



Zostawiam Was z moją ostatnią stylizacją, w której ten kok wywiązał się ze swojego zadania i znikam, bo w końcu od światła dziennego wolę światło nocne.


Koniecznie dajcie znać co myślicie o takiej metodzie!:))


poniedziałek, 6 listopada 2017

(r)EWOLUCJA - aktualizacja listOPADOWA 2017

Witajcie!

Nie będę Wam opisywać co przydarzyło mi się w październiku, bo internet, a właściwie jego nieobecność, tak dotkliwie to zweryfikował, że pozostawmy to już zapieczętowane w rozdziale HISTORIA i skupmy się na teraźniejszości, nie zagłębiając się w jesienne posty, na które jest już odrobinę za późno:) Być może ktoś musiał zebrać wszystkie możliwe kłopoty z internetem naraz i oszczędziłam innym tych przyjemności. To na pewno tak!

Wróćmy na ziemię. Ostatnio zaszła pewna zmiana, którą chciałam się z Wami podzielić i ostatnie dwa dni dość intensywnie czekałam żeby w końcu móc.

Pewnie pamiętacie, że nie raz zapowiadałam już, że zrobię w końcu z włosami coś większego. Że chciałabym, ale zawsze było jakieś ALE albo nie miałam za dużo czasu żeby przemyśleć to czy na pewno nie dołożę sobie problemu z zatokami nagle decydując się na zgolenie głowy... Postanowiłam więc znaleźć alternatywę dla bezpiecznego podcinania końcówek:D

Moje włosy w listów padzie:




 Bardzo się cieszę, że coś takiego się zadziało i już:) Ja wiem, że dziewczyny lubią brąz, ale na tą chwilę ja chyba bardziej lubię ciemny brąz z domieszką jakiejś lekkiej czerwieni:D To dla mnie ciekawe doświadczenie szczególnie ze względu na to, że nigdy nie miałam tak ciemnych włosów. Co do zdjęcia, wyglądają wręcz fragmentami na czarne, ale spokojnie to złudzenie. Dawno nie miałam problemu z uchwyceniem "mojego" koloru włosów na zdjęciach, więc fajnie sobie udowadniać, że włosy są dla mnie, a nie odwrotnie. 

Odkładałam tysiąc pięćset lat to, żeby w nie jakoś zaingerować, bo długie, bo zdrowe, bo się zniszczą, bo jak będę miała całe siwe to kolory będą łatwiej łapać(to akurat serio wciąż aktualne - myślę, że jako babcia będę miała pastelowe włosy stylizowane na rusałkę, których za młodu może sobie nie zrobię:D). Ale jest fajny cytat Picassa, który bardzo lubię, szczególnie w tym kontekście.



Ale to tylko włosy:) Co do pielęgnacji jestem na etapie testowania produktów przywiezionych z Anglii, a całkiem aktualnie na etapie odkrycia metody jak sprawić by ciemne włosy były równie nawilżone jak oryginalne. To generalnie zabawne, że miałam więcej włosowej odwagi mając 14 lat niż będąc starszą, gdy teoretycznie przyzwolenie środowiska było poważnie większe:D Kolor powinien z czasem zacząć schodzić i zobaczymy jak to będzie, ale póki co myślę o tym, co jest teraz i czuję się odświeżona jeszcze bardziej niż po pierwszych wakacyjnych próbach:)

Oprócz tego czytałam różne książki, a obecnie jestem znowu z Markiem Hłaską. Nic dziwnego. Muzycznie (nareszcie:D) dałam sobie spokój z muzyką z maja i na jej miejsce weszło kilka nowości:





Zobaczymy czym będzie listopad, ale zaczyna się jako całkiem otwierający oczy na pewne kwestie czas! 

A co u Was? Czego ostatnio nie planowałyście?:)))

wtorek, 10 października 2017

6 ŻYWIENIOWYCH CIEKAWOSTEK Z ANGLII

Witajcie!

Tak jak zapowiadałam w moim pierwszym wpisie na temat pobytu w Anglii, który jeśli Was ominął znajdziecie TU, przybywam z odrębnym postem na temat ciekawostek związanych z czymś, co jest moim głównym zajęciem czyli odżywianiem się:D Problemy z internetem wyłączyły mnie na pewien czas z życia, ale rozwiązanie w końcu nadeszło! Jeśli jesteście ciekawe czy naprawdę spotkałam coś dziwnego, zapraszam do czytania!:)




1. Gotowe dania

To naprawdę ciekawe jakie można znaleźć produkty na angielskich półkach(i w zamrażarkach oczywiście:D). Nie widziałam wcześniej gotowych sosików czy zup w puszkach, które są już z ugotowanym makaronem. To samo dania z ryżem. W jednej saszetce sos, w drugiej ugotowany ryż. Co do mrożonek również spotkałam maaaaaaaasę dań za funta, które były gotowymi daniami na 1 osobę. I wcale nie mówimy o mrożonkach typu biedniutka pizza albo zapiekanka. Możecie tak kupić np. lazanie i inne smakowicie wyglądające dania, które wystarczy wsadzić do mikrofalówki. Osobiście nie uważam, że to świetny wybór, ale słyszałam opinie, że wiele ludzi nie używa nawet kuchenek, bo żywią się takimi gotowcami. Od siebie dodam, że sama lubiłam wyjątkowo np. mieszankę quinoa z warzywami, co także kupowałam jako produkt mrożony i wystarczyła chwila w mikrofalówce żeby mieć fajny i dość zdrowy obiad. Składy takich mieszanek były najfajniejsze, bo doprawiane były wyłącznie przyprawami, bez dodatków magicznych substancji typu glutaminian sodu:) W całym tym zatrzęsieniu można znaleźć fajne kompromisowe produkty, co na pewno pozwala zaoszczędzić i czas i pieniądze jeżeli z jakiś względów nie mamy możliwości gotować pełnowymiarowo.

2. Warzywa i owoce

To także wow po Polsce. Te produkty są naprawdę dość drogie(i w ogóle nie mam na myśli przeliczania na złotówki), a porównań z mrożonkami i gotowymi mrożonymi daniami lepiej nie robić, bo nikomu nie będzie się chciało jeść świeżych produktów:D Najtaniej wychodzi to w pakach w marketach, ale ceny są w porównaniu z gotowymi daniami naprawdę podobne(paczka np marchewki i gotowy ryz z kurczakiem i sosem), więc można zrozumieć czemu jest taki problem z otyłością, a przypadki ludzi, którym w kuchni przy życiu solo starcza tylko mikrofalówka, przestają dziwić. Kolejna sprawa to dostępność do takiej różnorodności produktów, szczególnie ze wschodu. Podrzucam wam parę zdjęć:

środkowa karella to pod względem wizualnym mój totalny faworyt!



3. Siemię lniane challenge

Może ja miałam akurat takie szczęście, ale gdy chciałam kupić siemię lniane i szukałam go w sklepach(wieelu, uwierzcie. Pomijam jednak polskie sklepy gdzie lnu może nie znalazłam, ale słonecznik ostatecznie tak), nic nie znajdowałam. Nie było absolutnie czegoś jak półki z żywnością ekologiczną albo "fit" jak u nas. Udało mi się za to upolować fajną mieszankę nasion z pestkami dyni w funciaku przeznaczoną dla ludzi. Jeśli kogoś bawi, że dla ludzi to polecam szukanie słonecznika w sklepach:D W tych za 1 funta na pewno znajdziecie, jednak może to nieco inaczej wyglądać niż sobie wyobrażaliście...



4. Poproszę paczkę chipsów. A najlepiej... 32!

To jakieś szaleństwo, ale wspominając jeszcze szybciutko, że zamiast LAYSów są WALKERSY, to Anglia wariuje na punkcie małych paczek chipsów. Takich najmniejszych. Ciężko dostać średnie paczki. Łatwiej i najłatwiej właściwie jest kupić sobie 12-opak albo 16-pak, 24-opak albo 32-opak... Naprawdę kosmos:D Wielkie wory chipsów, w których są po prostu malutkie opakowania. Tłumaczono mi to tym, że po prostu wygodniej im zabrać ze sobą gdzieś malutką paczkę niż normalną większą, ale i tak te liczby mnie trochę przytłaczają  i jednak wolę nasz podział:D Temu też się trochę przyglądałam i te, które "zbadałam" nie miały glutaminianiu, nawet jeśli były tymi tańszymi, co raczej w Polsce się nie zdarza;)


5.Sugar rush

Co pierwsze przychodzi wam na myśl gdy myślicie o tym terminie? Mi jakieś kreskówki gdzie przeładowane cukierkami albo słodzonymi płatkami śniadaniowymi dzieci po prostu latają po ścianach:D Co tu dużo mówić, spotkałam się już dawno temu z opiniami, że zarówno w Anglii jak i USA słodycze czy coca-cola są zupełnie inaczej słodkie. Nie mam doświadczeń ze Stanami, ale w kwestii Wielkiej Brytanii zgadzam się, że choćby ciastka z wyjątkiem tych dostępnych u nas jak np. oreo, wydawały mi się mega słodkie w porównaniu z podobnymi lub odpowiednikami, które jadłam w Polsce. 


Ciekawszą kwestią w sprawie sugar rush jest według mnie napój energetyczny, który był w każdym sklepie. Na próżno szukać można było tigerów i podobnych, bo wypierała je lokalna Lucozade. Z informacji, do których dotarłam, jest ona dostępna od 1929 roku i monopol, który ma pokazuje, że brytyjczycy mają naprawdę duże wymagania wobec produktów by zasłużyć mogły na miarę określenia SŁODKIE. Lucozade to słodzony napój energetyczny. W jego składzie znajdziemy wodę gazowaną, syrop glukozowy, regulatory kwasowości, konserwant, kofeinę, witaminę C, barwniki i polepszacze smaku, bo przeważnie Lucozade występuje w wersji o smaku pomarańczy. Co nie wpływa na korzyść napoju i może nie zostać wyłapane przez osoby nie interesujące się słodzikami; oprócz syropu glukozowego znajdziemy tam też dodatkowe słodziki - acesulfam K i aspartam. Nie trzeba więc chyba tłumaczyć, że nazwa napoju jest bardzo adekwatna do energii, której dodaje ze względu na totalnie przeeeesłodki smak:D 

Ciekawostka: Po czym poznać Polaków na ulicy albo w pracy w Anglii?

Piją tigera:D To śmieszne, ale uwierzcie, że w większości przypadków naprawdę się sprawdzało;)


6. Mekka dla wielbicieli sera

Jeśli tak ja jak nie narzekacie na widok kolejnej porcji makaronu w sosie serowo-śmietanowym, Anglia to miejsce dla was. Obecność sera w tak wielu daniach i w ogóle produktach raziła mnie już od początku naszego pobytu. Szczególnie zainteresowana byłam serowymi ciastkami. Miałam czasem wrażenie, że gdziekolwiek się nie odwrócę, trafię na coś z choćby minimalnym dodatkiem sera:D Na dłuższą metę wymagałoby to być może większych odmów, ale na szczęście na czas mojego krótkiego pobytu mogłam spokojnie próbować wszystkich tych produktów:D

7. Kultura Coca-coli



Gdyby się tak zastanowić, zarówno coca-cola jak i McDonalds to marki, których istnienie jest dla nas oczywiste. Możemy lubić i pić, możemy nie lubić i unikać. Możemy też uśmiechać się na widok świątecznej reklamy coca-coli i uznawać to za symbol świąt, a całą ich firmową działalność kojarzyć głównie z uroczą ciężarówką albo butelkami z napisami z edycji specjalnych. Myślę, że większość z nas nie wyobraża sobie nawet jak ogromne wpływy w świecie mają te koncerny na... wszystko. 

Jedziecie do Londynu i planujecie atrakcje, które chcecie zobaczyć. Wielka Brytania pod względem odżywiania kojarzy się z otyłością i tłustym, treściwym jedzeniem, a napoje typu cola czy pepsi wydają się już nieodłączną częścią tej kultury. Ale... myślę, że większość osób, które wybierałyby się do centrum Londynu by zobaczyć słynne London Eye nawet nie myślało o tym pierwszym, pisanym przeważnie mniejszymi literami członie nazwy: Coca cola London Eye. Żywy pomnik otyłości? Przeciwieństwo bezruchu? Daje to wrażenie, że wszystko zamykają i otwierają wielkie i te same marki. Po doczytaniu jednak wynika, że Coca Cola zobowiązała się od 2015 roku do sponsorowania London Eye przez dwa lata, więc możliwe, że nazwa ulegnie zmianie.



McDonalds, mimo że wywodzi się z USA i jego historia także jest mi dość znana, w Anglii jest też miejscem gdzie warto w moim odczuciu po prostu pójść. W Polsce nie czuje się problemu, bo ceny nawet najtańszych kanapek nie są tak niskie jak tam w proporcjach do zarobków. W Polsce nie spotyka się zbyt często dziadków, którzy wybierają chickenburgera jako alternatywę posiłku. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie.

Gdy byłam mała, na zagranicznych kanałach w telewizji emitowano bardzo wiele programów o odchudzaniu ekstremalnie otyłych osób. To było coś niesamowitego do jakiego stanu się doprowadzali, jednak ze względu na brak problemów w kwestii nadwagi, zapamiętałam stamtąd głównie uroczyste kolacje z McDonaldsa. Zamówienia, które były ogromne, a przecież osoby, które korzystały z "pomocy" tego typu programów nie były szalenie zamożne. Dla mnie to było nie do zrozumienia. Skąd mają tyle pieniędzy? W Polsce podobne porcje kosztowałyby przecież duuuuuuuuuuuużo więcej.
Zamykamy trochę myślenie o tej sieci "restauracji" w tym najpopularniejszym BigMacu, a warto zastanowić się jaki wpływ wywarli na rynek pracy i podejście do pracowników jako prekursorzy w pomysłach na maksymalne wykorzystanie i minimalne uzależnienie od pracowników choćby dzięki słynnemu szkoleniu ludzi tylko na pozycji JESTEM TU TYLKO OD UKŁADANIA 2 PLASTERKÓW OGÓRKA, by mieli świadomość, że na ich miejsce znajdą się inni chętni a ich przyuczenie zajmie pół minuty.

Już nie będę tworzyć kolejnego punktu, ale zdziwieniem były dla mnie też popularne płatki owsiane, a właściwie ich smak. Mowa o

Można je kupić w kartonie albo w formie saszetek z porcjami, które przygotowuje się według opakowania w 2 minuty. Myślę, że to czas połączony z podgrzaniem mleka, bo płatki rozpuszczają się błyskawicznie:D Co do smaku to właśnie było dla mnie wow, bo nie patrząc już na wersje jak ta powyżej czy pyszne owocowe, te płatki smakują po prostu genialnie. Tak rozdrobnione nie maja pewnie zbyt wielu wartości, ale tworzą coś jak prawdziwy sen o idealnej owsiance:D Na początku myślałam, że są z dodatkiem kaszy manny, ale w składzie wersji podstawowej nie było nic więcej.

To tyle z wrażeń jakie z sobą przywiozłam. Mam nadzieję, że post się Wam spodobał. 

Jeżeli macie coś do dodania to koniecznie dawajcie znać!:)


niedziela, 1 października 2017

Co mnie zaskoczyło w Anglii - PODSUMOWANIE WAKACJI:)

Witajcie!

Ze względu na to, że w wakacje miałam okazję przerwać mój krajowy program erasmus i pomieszkać za granicą odwiedzając kraj po raz pierwszy, przybywam dziś z obiecanym wpisem o tym, co mnie zdziwiło w czasie pobytu w Wielkiej Brytanii. Sam wyjazd był już dla mnie lekką ekscytacją, ale wciśnięta w uczelniane kalendarze nie mogłam się nim cieszyć na długo przed odbyciem i w zasadzie dzień przed dostałam potwierdzenie, że może się odbyć. Zamieszanie więc było już lekkie na początku, a potem mój pierwszy lot samolotem i ŁOOOOO morze nowych rzeczy. Zapraszam do czytania!


Co zaskoczyło mnie w UK?


1. Brak nacisku na szacunek dla starszych osób

Ze względu na to, że był to mój pierwszy pobyt za granicą tak dłuugo, nie mam porównania z innymi krajami, bo w kilka dni ciężko poznać standardy "wychowania", a dotychczas zdarzały mi się wyjazdy tej długości. Byłam naprawdę zaskoczona gdy na przykład w markecie, widząc, że czekam w kolejce by skasować tylko jedną rzecz, przepuszczały mnie starsze panie, mówiąc, że szkoda mojego czasu żebym go marnowała. Nie miałam totalnie żadnej sytuacji w komunikacji miejskiej(a jeździłam często) by tak jak w Polsce, stanęły kilka metrów ode mnie gawędzące starsze przyjaciółki i potem komentowały, że nie wpuściłam proroczo jednej z nich na miejsce, mimo, że miały przy sobie kilka wolnych... Wiecie o co chodzi, wokół wiele osób, które siedziały bliżej nich, ale były starsze niż ja, więc nie wypada takim zwrócić chamsko uwagi:) To jest według mnie ogromny minus wielkich miast w Polsce. Gdy mieszkałam w mniejszych, nie spotykałam się z tak durnym zachowaniem. Nie będę nawet rozgadywać się na temat zachowywania kultury w takich sytuacjach i ustępowania gdy naprawdę widzimy, że ktoś potrzebowałby miejsca bardziej, ale wymaganie kultury będąc prostakiem? Coś mi w tym nie gra, więc to był duży plus pobytu:)

Minusem takiego podejścia była częściowa znieczulica, o której opowiadała mi rodzina mieszkająca tam - wieeeelu z ich znajomych,którzy są młodzi, traktują swoich dziadków jako po prostu dawców mieszkań. Każda śmierć to nieruchomość. Drastyczne, ale na pewno nie tylko w tamtym kraju. W każdy znajdą się ludzie, którzy tak myślą, a tam przez brak nacisku na to lepsze traktowanie starszych tylko przez ich wiek, bardziej zauważalne.

2. Numery autobusów

W Polsce nigdy nie spotkałam się z mówieniem "jeden zero dwa" zamiast 102. Wszystkie numery autobusów, którymi jeździłam były dokładnie tak odczytywane. To samo z numerami hotelowych pokoi. Ułatwia to oczywiście komunikację i nie jest niczym spektakularnym, ale było dla mnie na początku czymś lekko dziwnym.

3. How are you, darling?

Czyli pytania jak leci przy każdej możliwej sytuacji. Na początku baardzo mi się to podobało mimo, że wiele razy czytałam i słyszałam, że raczej jest to zupełnie powierzchowne i do niczego nie zmierza. Po prostu głupio nie zagadać. Zmieniłam zdanie o tym gdy spotkałam się na korytarzu z jednym zupełnie obcym mężczyzną, który zmierzał szedł w stronę drzwi. Rzucił: HI, HOW ARE YOU? i wyszedł:D Na szczęście miałam możliwość poznać osoby z innych krajów, które także brały pod uwagę, że na takie pytanie można uzyskać odpowiedź inną niż GOOD albo OK i nawet jej słuchały:D

4. Kolory skóry

Pierwszy raz widziałam tak mało osób o białym kolorze skóry. Coś niesamowitego i ważnego jak można sobie uzmysłowić ile faktycznie jest ciemnoskórych osób w miastach, które są ogromne i skupiają większość ludności napływowej niż tej, która mieszka tam od wielu, wielu pokoleń. To absolutnie żaden rasizm czy dzielenie ludzi przez kolor skóry, ale ciekawostka. Syn naszych znajomych miał w klasie 6 białych dzieci na 28 uczniów. To naprawdę robi wrażenie choć oczywiście zależy też częściowo od regionu miasta:) Dla mnie było to okazją podpatrzeć jak "łysieją" ciemnoskóre kobiety, jakie fryzury noszą, jak malują oczy - pomyślcie o kolorach cieni przy tak ciemnej karnacji albo jak radzą sobie ze swoimi chustami muzułmanki - jak poprawiają je zakładając na nowo w toaletach albo jak dbają o odświeżanie skóry gdy noszą stroje zakrywające wszystko z wyjątkiem oczu.

5. Niemieckie markety

Może innych to nie dziwi, ale dla mnie Lidl albo Aldi w Anglii to dość niespodziewany widok:D Myślałam, że Niemcy rozszerzają swoje sklepy tylko na pobliskie kraje, a dowiedziałam się, że to uwzględnia również Anglię i ogólnie cały świat, więc ciekawe!

6. Oyster Card

Czyli świetnie rozwiązany problem bezdomnych w autobusach i metrze. Oyster Card to karta, która kosztuje 5 funtów i można ją doładowywać a później jeździć za tą kwotę metrem/autobusem. Przy wejściu do autobusu, zaraz przy kierowcy jest znaczek gdzie powinno się przyłożyć kartę. Gdy mamy za mało środków na koncie, można jechać w jedną stronę a potem nie da rady przejechać na minusie bez doładowania karty. Można to obejść w autobusach czasem, gdy kierowca będzie miał w nosie czy ktoś wchodzi czy nie, ale generalnie wyglądało na to, że kierowcy dość pilnują. Zresztą w razie czego może być kontrola i mandat i tak trzeba będzie już zapłacić. Co też jest na plus, typowa "oysterka" jest bezimienna (w Polsce chyba powiedzielibyśmy, ze jest to karta "na okaziciela" a wyrobienie takiej jest dużo droższe niż typowa karta miejska na jedną osobę i jej dane).

7. Przejścia dla pieszych

Z tego co zauważyłam kompletnie nie ma parcia na to by przechodzić tylko na zielonym świetle. Spotykałam się wręcz z wieloma sytuacjami, że ludzie ładowali się na ulice przez skrzyżowania, więc to nie jest plus takiej zasady, ale przy mądrym użyciu nie jest złym pomysłem. Policjant z tego co się dowiadywałam totalnie nie pełni roli złego pana, który cię złapie i wlepi mandat. Prędzej powie ci, żebyś więcej czegoś nie robił albo coś wytłumaczy. Czuć, że są po to by pomóc, a nie by złowić jak najwięcej osób.

8. Elektryczne autobusy

Też pozytywny punkt tej listy, nowość jak dla mnie.

9. Sklepy z fundacji

Wspaniała sprawa. W rejonie, w którym mieszkaliśmy wydawało mi się, że te sklepy w jakiś sposób zastępowały sklepy z używaną odzieżą. Gdy kiedyś szukaliśmy second handów na mapie, nie było w całej duuużej okolicy zupełnie nic. Sklepy z różnych fundacji zbierające pieniądze na leczenie jak British Heart Foundation czy inne, których nie pamiętam nazw to fajne miejsca gdzie znaleźć można bardzo różne rzeczy. Ubrania i buty nie interesowały mnie jakoś specjalnie, ale na duży plus było to, że były zawsze czyściutkie(szczególnie ważna sprawa w kwestii butów) i w większości nowe. Pomijając ciuchy, było to świetne miejsce żeby kupić sobie książki albo płyty za dużo mniejsze kwoty. Tym sposobem przywiozłam ze sobą oryginał Koloru Magii Pratchetta, a mój chłopak "prawdziwego" Harryego Pottera, prosto z jego ojczyzny!:D Wspomne tylko od razu, że są wycieczki do studia, w którym kręcono Harryego i ze względu na położenie poza Londynem, podstawiane są dla chętnych busy, które zawożą ich na miejsce. Jeśli się nie mylę, jeden odjeżdża właśnie ze słynnej stacji Kings Cross:))

10. Małe pakiety internetowe

To naprawdę zdziwienie, bo obecnie mam dużo znajomych, dla których np. 30GB to norma przy opłatach dość niewielkich. 15GB też. Sama mam 5 i wydaje mi się, że to naprawdę mało jak przy reklamowanych ofertach, mimo, że mi w zupełności wystarcza. Wszystkie reklamowane sieci komórkowe w angielskiej telewizji robiły szum o zwiększenie pakietu np z 500MB na 1GB przy różnych opłatach, więc nie był to raczej wynik najtańszych ofert. Na pewno są większe pakiety, ale zdziwiło mnie, że nie są nigdzie ogłaszane.

 11. Programy o nieruchomościach

 Szczególnie w porannych godzinach w telewizji można było wpaść na co najmniej 2 programy na temat nieruchomości. Najpierw licytacja jakiegoś miejsca a potem skupienie się na tym, kto ją wygrał i co zamierza zrobić przez dalszy ciąg odcinka. Piszę o tym, bo było to coś dla mnie bardzo zdrowego, że znajdowało się tyle osób w różnym wieku, z różnymi celami i różnymi budżetami, które się na takie coś decydowały i nie była to w większości kwestia brania kredytu na resztę życia. Fajnie popatrzeć na zdrowe czynności, których nie znam z Polski i obawiam się, że nie dotrwam chwil gdy będzie podobnie.
 
12. Multum tanich hedrinów i środków przeciwko wszom opartych na naturalnych składniakach

Z wszami jest dokładnie jak z postem na ich temat na moim blogu. Niby gdzieś tam wisi i istnieje, ale nie jest pierwszym co rzuca się w oczy, gdy wpadacie na COTYMASZNAGLOWIE. Weryfikację przeprowadza dział statystyki i jasno pokazuje, że to post, który jest CODZIENNIE najczęściej odwiedzanym i bynajmniej nie przypuszczam, że ze względu na "fajny sposób" w jakim opisałam problem i propozycję jak mu podołać. 

Jeżdżąc autobusami albo metrem w Londynie, zastanawiałam się jak duży tam jest problem z wszami. Szczególnie w metrze ujawnienie moich myśli oburzyłoby pewnie wielu ludzi, którzy w swoich garniturkach i skórzanych kajecikach jeździli do pracy i z powrotem i czują się zapewni sterylni. Próbowałam pod tym względem przejrzeć markety, ale nie znajdowałam nic specjalnego. Dopiero w jednym z największych sieci sklepów za funta Home Bargains, znalazłam uwierzcie baardzo rozbudowaną półkę z preparatami do walki z wszawicą. Pokaźne miejsce zajmował tam jeden z najskuteczniejszych środków, nad którego pochodzeniem się wcześniej nie zastanawiałam, ale ze względu na jego angielskie ceny, które po prostu smucą(max 3 funty za preparat, który u nas kosztuje ok 35zł), rzucałam też to jednym, to drugim okiem na resztę. Nie widziałam w Polsce tak wielu różnych środków na wszy opartych na olejku z drzewa herbacianego i generalnie skupiających się albo na zabiciu problemu silikonami albo zapachem.

13. Mafie żebraków na stacjach metra, na ulicach.

Hoho, powiało grozą, bo to przerażający temat:D Pewnie nawet w Polsce myślicie sobie czasem idąc jakimś dużym dworcem albo innym skupiskiem, gdzie jest wiele proszących o pieniądze ludzi, że osoby, które siedzą z kartonem POTRZEBUJĘ PIENIĘDZY NA OPERACJĘ. DZIĘKUJĘ mogą oszukiwać. Smutne i rozwijające znieczulice doświadczenia czekają jeśli tylko się na nie otworzycie! Może powiem tak, na starcie mojego pobytu w Anglii byłam uprzedzana, że ogrom ludzi, którzy proszą o kasę albo ciemniejszej karnacji matek z dziećmi na rękach siedzących przy ulicy, zbierają ją nie dla siebie. W Polsce, tam gdzie mieszkam, też znam miejsca gdzie są stali bywalcy i np. kobieta w średnim wieku, klęcząca kilka godzin przed galerią z kubeczkiem, przez rok odkąd tam jestem, nie zauważa, że nie budzi zaufania pochyleniem głowy przez cały ten czas i czekaniem aż ktoś jej coś wrzuci.

To samo z ludźmi, którzy zbierają na bilet. Po prostu numer życia jeżeli dużo jeździcie pociągami po Polsce:D Za 15 minut pociąg a na peron przychodzi ktoś i mówi, że wyszedł z więzienia/ukradli mu portfel i brakuje mu do biletu jeszcze np. połowy i każdym wsparciem się ucieszy. Zdarzały mi się przypadki, że faktycznie faceci cieszyli się z kilku groszy a potem naprawdę wsiadali do mojego pociągu i to jest super, ale z drugiej strony Londyn pokazuje inne wykorzystanie tej sytuacji. Pomyślcie, ile czasu znajdujecie się na takim dworcu?:) max pół godziny jeśli nie ma opóźnienia. A ile takich pociągów, gdzie ludzie się nie powtarzają jednego dnia odjeżdża z dużych dworców?:D 

Na szczęście w Anglii mi się to nie przytrafiło i nikt nie nie prosił by się mu dołożyć, ale widziałam kilku kandydatów, a szczególnie do myślenia dała mi sytuacja na ulicy Sherlocka Holmesa - Baker Street. Szliśmy akurat szukając miejsca by coś zjeść i minęliśmy siedzącego przy skrzynce pocztowej bezdomnego z karteczką w stylu I'M HUNGRY PLEASE, HELP ME napisaną odręcznie i dość ładnie. Myślę, że nie powinno dziwić, że raczej oczekiwano pieniędzy niż jedzenia i po to zresztą ustawiony był przed nim kubeczek z drobnymi. Minęło kilka godzin i wracaliśmy tym samym chodnikiem. Zapamiętałam tą skrzynkę pocztową i tam spojrzałam. Dokładnie w tym samym miejscu siedziała już teraz kobieta. Z dokładnie tą samą kartką... Każdy powinien z takich sytuacji wyciągnąć własne wnioski, więc np. dla mnie nie były to sceny, które przekreślą wartościowość współczucia ludziom, którzy faktycznie potrzebują pomocy, ale ważne znaki ostrzegawcze jak wiele jest sytuacji, gdy są oni tylko pośrednikami w przekazywaniu tych pieniędzy.

Jeszcze dodam pod koniec, że problem bezdomności można szczególnie odczuć wieczorami i to naprawdę jest straszne, że idąc ulicą, bardzo blisko centrum, gdzie jest nieziemska ilość samych ekskluzywnych sklepów z rzeczami typu torebki, buty itp przeplatanych z restauracjami; przy jakimś maleńkim sklepie, pod jego wystawą wchodzi w swój śpiwór człowiek i zaczyna przeżywać własną noc.

14. God saves the Queen!

Kto z nas nie kojarzy twarzy Królowej Elżbiety powinien się czuć naprawdę wyjątkowo:D Rozśmiesza mnie bardzo to w jakim stopniu brytyjczycy są zakręceni na punkcie swojej władczyni i całej rodziny królewskiej. Rozumiem pocztówki z nią; mini Elżbietę która jak pieski do aut porusza swoją głową na boki, a na dodatek jeszcze rączkami czym wygląda jakby tańczyła; kubki z jej podobizną; długopisy; pojemniki na herbatę i w ogóle chyba wszystko, ale... ozdobne komplety - talerz i filiżanka z podobizną Królowej albo też wersje z Księżną Dianą? Kubki ze zdjęciem małego Henryego z jego datą urodzin? Zdjęcie Księcia Harryego w mundurze na kubku albo w wersji do powieszenia w domu?:D Nie wiem jakbym się czuła wiedząc, że ludzie nie znając mnie, mają w domu kubek ze zdjęciem mojej mamy, która wynosi mnie na rękach ze szpitala. Na pewno też ogromny wpływ na moje podejście ma fakt, że nie urodziłam się w kraju gdzie władzę obejmował ktoś, bo należał do jakiejś rodziny, ale naprawdę zastanawiam się czy rzeczywiście jest na te przedmioty aż taki popyt, bo ilości ich możecie znaleźć KOOOOOOOOOOSMICZNE.

To będzie na tyle z moich wspomnień, którymi chciałam się podzielić w tym poście. Jeżeli jesteście ciekawi jak wygląda prawdziwa twarz rynku brytyjskiego z mojej perspektywy jako osoby związanej z żywieniem, zapraszam na wpis na ten temat w najbliższym czasie! 

Mam nadzieję, że ten wpis wniósł coś nowego w Wasz dzień i był powodem do chociaż jednego uśmiechu!

A Was czym zaskoczyła Wielka Brytania? Macie inne doświadczenia?:))


sobota, 23 września 2017

PIPPI#2 Warkocze na jesień i nie tylko - tygodniowa dawka inspiracji!

Witajcie!

Dzisiaj kolejny odcinek nowej serii na moim blogu czyli...


Bardzo lubię jesień. Nawet jak pogoda szarzeje to fajnie jest wiedzieć, że po zrobieniu wszystkiego co sobie zaplanowałam przynajmniej nie będę miała problemów ze snem:D No dobra, żart a propos mojego nicku zaliczony! Wracając w swoim stylu, staram się od kilku miesięcy częściej zaplatać włosy w jakieś kompozycje nieco bardziej skomplikowane niż zwyczajniutki warkocz, dlatego przybywam dziś z postem na temat najciekawszych według mnie warkoczowych fryzur, które znalazłam w sieci w trakcie szukania inspiracji do eksperymentów na mojej głowie:D Wychodzi to coraz lepiej, a co warto zauważyć, warkocze mogą wydać się fajnym sposobem na ochronę włosów przed wiatrem połączoną jednocześnie z urokiem i rozwijaniem swojej kreatywności. Bez względu na grubość włosów (wystarczy zerknąć czasem na przypadkowy tutorial i zobaczyć, że dziewczyny miewają naprawdę cieniutkie albo niezbyt liczne włosy i umieją zwiększyć ich objętość parokrotniee!) warto próbować nowych fryzur. Nie dajcie się znudzić swoimi włosami! 

Zapraszam do oglądania:)



Uwagę w nawiasie napisałam też dla siebie, bo patrząc na takie dwa kłosy pierwsze co można pomyśleć to żal, że każdy ma inną ilość, grubość i jakoś swojego owłosienia. Na szczęście często wystarczy pokombinować i udaje się uzyskać efekt jak na zdjęciu. Kłosy co najwyżej będą trochę płaskie, ale szerokość faktycznie można przy długich włosach osiągnąć taką metodą.





Fajna propozycja, szczególnie przy zakończeniu warkocza bez gumki!


W razie potrzeby bardziej  eleganckiej fryzury, myślę, że ta mogłaby się całkiem nieźle sprawdzić. Na co dzień nie jestem zagorzałą fanką koków jak ten, bo na zdjęciach, owszem, wygladają bardzo ładnie, ale gdy chodzicie i nie macie czasu żeby je poprawiać... Chyba nie trzeba kończyć:D Przynajmniej w moim wypadku przeważnie tego typu koki nie wytrzymują długo. Warkocze to na szczęście trwalszy element, ale dół rozpada się duuuużo szybciej jeśli jest tak luźny jak na zdjęciu, więc pewnie wypróbuję, ale na jakąś okazję:)


Ta fryzura podoba mi się strasznie, ale obecnie nie wyobrażam sobie wykonać odwróconych kłosów samodzielnie od tyłu. Warkocze holenderskie w takiej konfiguracji tak, ale kłosy jeszcze nie. Czy Wam to wychodzi?:D Pewnie spróbuję, ale póki co to będzie na liście TRY NOT DIE:D





"Pętelki" zrobione dwa razy wyglądają świetnie przy takim kłosie, ale też przy klasycznym jeśli macie problem ze zrobieniem dobieranego z wyższych partii włosów. Też stosuję ten trik!




Podoba mi się efekt tego gumeczkowego warkocza na pofalowanych włosach, ale najbardziej na tym zdjęcie wpadło mi w oko to co jest nad nim - 4 skręcone pasma:)


A Wy jakich plecionych fryzur spróbowałybyście najchętniej?:))

Źródło zdjęć: pinterest