czwartek, 22 września 2016

Zaparcie w celach i jelitach czyli prawdziwy obraz moich wakacji - słów kilka o pracy i rzecz jasna - CO NA TE ZAPARCIA???

Witajcie!

Jak to miło móc być tak często i mieć Wam coś śmieszno - dziwnie - a być może ciekawego do opowiedzenia! O włosach już chyba wiemy trochę, więc dziś nie zajmę się żadnymi recenzjami (wszak mój blog jest w prawdziwej czołówce w kategorii RECENZJE KOSMETYKÓW), recepturami czy nawet z lekka ekscentrycznymi pomysłami na pielęgnację jak np. PRZESTAŁAM MYĆ WŁOSY DLA ICH DOBRA. Dziś trochę inaczej...
 
Wspominałam Wam kilka razy, że te wakacje mijały mi w trochę nowych okolicznościach - zmieniłam miasto i zamieszkałam sama (Pi, naprawdę to słowo mnie boli!) porzucając moją ulubioną współlokatorkę na rzecz trzech współlokatorów; rozpoczęłam pracę i procedurę zmian odnośnie mojej szkolnej rzeczywistości (którymi zostałam momentami przygnieciona), na dodatek otoczenie postanowiło mnie aktywnie zmotywować do przeistoczenia się w kamienną Niobe. Na szczęście jakiś ostatni, najmniejszy palec u lewej ręki, wciąż spod głazu wystawał i poruszanie nim było inicjacją całego procesu, dzięki któremu ostatecznie do Was w ogóle piszę:) Najważniejszą zmianą w tym całym letnim czasie, wokół której wszystko się kręciło i na której się dziś skupimy, była moja praca.

Gdzie pracowałam skoro uznaję, że warto by powstał o tym specjalny post?

Czepiając się już szczegółów, myślę, że z moim usposobieniem, pracując nawet jako osoba filetująca ryby, dostrzegłabym w tym wiele filozoficznych myśli, istotnych obserwacji, teorii wyjaśniających dotychczas znane mi zjawiska i post by powstał... Na szczęście! Nie pracowałam jednak jako fileciarz(?). Swoja drogą krótka dygresja. Co rok jestem pod ogromnym wrażeniem elastyczności w użytku języka polskiego wśród naszych rodaków, którzy piszą ogłoszenia na portalach z ofertami pracy na wakacje. Moje ulubione to: "Zatrudnimy na stanowiska kelnerka, pomoc kuchenna, pizzerman, kebab". Im częściej trafiam na podobne ogłoszenia, szczególnie z moim ulubionym zwrotem DAM PRACĘ, tym bardziej chciałabym kiedyś spróbować jak to jest być kebabem. No chociaż przez wakacje!

Wracając na ziemię okrzemek i powagi, spędziłam wakacje w miejscu, za które bym się dała pokroić rok temu - w sklepie, gdzie produkty trzeba po klientach odwracać nazwami do przodu, gdzie musisz być dla klienta pszczelarzem, zielarzem, piekarzem, dietetykiem, kucharzem, a często także spowiednikiem. Sklepie z żywnością ekologiczną. Co prawda, pierwiastek Marii Treben we mnie ucieszyłby się bardziej wtedy ze sklepu zielarskiego, ale na obecne współrzędne, na mojej mentalnej mapie, lepszego miejsca wymyślić sobie nie mogłam:)



Co pochłaniało moją uwagę szczególnie 
w tym wszystkim?

1. Towar

Zaczynam od najbardziej oczywistej rzeczy, choć według mnie nie najważniejszej spośród tego, co obserwowałam. Mimo tego, że staram się wiedzieć co wchłaniam, zauważyłam dopiero podczas pracy, że nadal jestem bardziej "wykształcona" w stronę wiedzy o nawykach, a nie ich faktycznym wprowadzaniu w zadowalającej mnie mierze. To postanowiłam powolutku zmieniać w ramach moich możliwości i starając się zachować racjonalizm (co też jest nieziemsko ważne). Inna sprawa to też fakt, że na minionym roku studiów szaleństwem byłoby szukanie czasu na głębsze analizy swojej diety i zaczytywanie się w pracach na ten temat, olewając chemię albo muzykowanie w środowisku R... Mimo ogromnych chęci.

W pracy poznałam tak różne produkty, że czasem naprawdę byłam zaskoczona, że dostępne są tak wygodne rozwiązania jak np. woda kokosowa w proszku. Ile dzieci z alergią na kakao widujemy ze strąkami karobu w łapce? Kto z nas wie, że istnieje coś takiego jak duużo zdrowszy odpowiednik Coca Coli - Green Cola słodzona stewią i posiadająca naprawdę fajny skład w porównaniu z oryginałem albo kto pił sfermentowaną zieloną herbatę na wzmocnienie odporności i ogólną profilaktykę? A niewątpliwie warto byłoby spróbować!

Inna sprawa to w ogóle świadomość tego na jakich produktach bazowych się opieramy - mąki, makarony, kasze itd. Wiele osób, które poznałam było zaskoczone, że jest tego aż taki wybór i że sklepy eko to nie tylko "zdrowe ciasteczka i nasiona".

2. Nie ma drogi na skróty

To też niestety prawda. Czasem po prostu nie da się znaleźć zdrowego odpowiednika tego na co mamy ochotę. Cukier w wielu przypadkach można zastąpić, ale czasem niemożliwym jest znalezienie czegoś, co sobie wymyśliliśmy. W kwestii mojej pracy, to oczywiście był czas wakacji i wiadomo, że ludzie nie wyjeżdżają z domu żeby siedzieć w kuchni i woleliby skorzystać z możliwych gotowców, ale czasem one póki co, są ciężko osiągalne albo brutalnie mówiąc, nie istnieją.

Druga kwestia dotycząca skrótów (wynikających z ograniczonej wiedzy) to ceny niektórych towarów, które tak naprawdę możemy wykonać samemu w domu i zapłacić naprawdę duuużo mniej. Na myśli mam np. mąkę kokosową, za którą masa osób kompletnie nieświadoma płaci krocie. Podobna kwestia jest np. z błonnikiem, który myślę, że duża część kupujących go osób mogłaby szukać po prostu w tym co jedzą, a nie po najprostszej linii oporu, nie zmieniając nawyków i ratując swoje jelita dosypując "specjalny" błonnik. Było wielu klientów, którzy pytali "Hmm, a coś z błonnikiem, na zaparcia?", a gdy tylko wspominałam o produktach z jego dużą naturalnie ilością - siemię w różnych formach, pestki dyni, suszone śliwki etc, większość z nich wykrzywiało usta w grymasie mówiąc, że to nie jest błonnik i oni chcą tylko taki jak w aptece, czego zaoferować nie mogę.

3. Ludzie

Temat rzeka. Naprawdę mogłabym opowiadać godzinami o tym jak czasem nie mogłam się nadziwić szczególnie absurdalności chwil i głupocie. O ile absolutnie nie uważam, że jakąkolwiek złą rzeczą jest gdy klient przekręca nazwy, o wszystko pyta - co, na co, czy on może jeśli ma..., tak nie mogę znieść po prostu złośliwości i najgorszego - braku myślenia. Z takich skrajnych przypadków trafiła mi się np. kobieta ostentacyjnie obrażająca się o to, że proponuję jej koszyk do noszenia rzeczy po sklepie, żeby było nam obu wygodniej; pan, który wyśmiał nasz asortyment i wmawiał mi podnosząc głos, że pracuję w sklepie zielarskim, więc on nie rozumie dlaczego ja tutaj nie mam ziół, których on szuka; znawcy sugerujący, że sklep jest póki co niewiele wart, bo nie ma tu próbek chleba, a przecież on może im zaszkodzić. Czy choćby pani, która sugerowała mi nieziemskie niekompetencje, ponieważ byłam zdziwiona, gdy powiedziała, że guma ksantanowa to ksylitol, a ja nie widziałam powodów by się zgodzić, mając doświadczenie z zagęszczaniem nią kremów... Niektórzy strasznie szybko lubią wyciągać wnioski, nie myśląc czy doczytali, czy w ogóle mają pojęcie o czym mówią.

"Ja mogę tylko bezglutenowe produkty. A to w zwykłych płatkach owsianych jest gluten?!"

Sprawa z klientami jest ogólnie bardzo ciekawa, bo towar jest specyficzny. Ludzie, którzy przychodzą, są podzieleni głównie na dwie grupy: tych, którzy wchodzą i absolutnie o nic nie pytają, bo towar jest im doskonale znany oraz tych, którzy często wiedzą np. tylko urywki, że mają jeść produkty bezglutenowe, ale niespecjalnie wiedzą czemu, nie interesują się jak na dziś wyglądają badania nad glutenem (czy powinni go unikać w rodzinie tylko oni, czy może profilaktycznie wszyscy?), a czasem, już w mega skrajnych przypadkach, nawet nie wiedzą jakie zboża są w prawdziwej czołówce glutenowej. Ale dzięki nim tak naprawdę czułam misję i mogłam czasem duuuużo poopowiadać, szczególnie, że akurat kwestia glutenu była na moich studiach bardzo rozwinięta dzięki wykładom świetnej Profesor. Także pod względem mojej nauczycielskiej strony, czułam się czasem absolutnie spełniona i mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdziłam nieprawdziwymi informacjami;)

4. Alergie i nietolerancje

Miałam okazję przekonać się jak porażająca liczba osób, a przede wszystkim dzieci, faktycznie ma utrudnione przez nie życie i to była bardzo ciekawa praktyczna lekcja tego o czym się uczę i co czytam.

Raz przyszła starsza pani z wnuczkiem i bardzo przezornie wybierała dla niego zakupy, a gdy wychodzili, mały zaczął mówić

"Babciu, babciu, weźmy jeszcze morele. Ja Ci przyrzekam, nie jestem na nie uczulony. Naprawdę!!!".

I nie był to niestety jedyny przypadek, a wręcz jeden z lżejszym pod tym kątem. Wśród moich klientów było kilka osób, które nie mogły dla siebie znaleźć zupełnie nic. Mimo mojej pomocy i znajomości przeze mnie towaru na tyle, żeby wykluczyć składniki dla nich niekorzystne, znalezienie mostu było naprawdę baaardzo trudne a czasem niemożliwe. Częstotliwość tych przypadków (pomijając oczywiście osoby unikające czegoś z braku przekonania do produktu a nie z powodu nietolerancji przez ich organizm) daje naprawdę ciekawy obraz tego w jaką stronę idzie nasza ewolucja i jak ważne byłoby żeby zapoznać się z jak największą liczbą naturalnych możliwości, by zrobić wszystko, żeby nasze dzieci były na takie utrudnienia możliwie jak najmniej narażone.

Z drugiej jednak strony, jest w tej sytuacji pocieszenie - coraz więcej osób unika pewnych produktów, bo badania potwierdziły w ich przypadku, co faktycznie im szkodzi. Jeżeli się badamy to już samo to jest plusem, a na dodatek moim zdaniem sytuacja wzrostu takich przypadków jest całkowicie naturalna. Myślę, że można by się spokojnie pokusić o stwierdzenie, że wybuch tych wszystkich "wymysłów" w formie licznych nietolerancji nie jest w tak dużej mierze jak lubimy dziś mówić, efektem zmian w tym jak wygodnie i sterylnie zaczęliśmy żyć, a istniał przecież także dużo wcześniej (choć prawdopodobnie w dużo mniejszej ilości, bo warunki życia, odżywianie i tryb oczywiście się zmieniły) tylko nie byliśmy aż tak bardzo świadomi wpływu pokarmu na nasz organizm i nie badaliśmy się pod tym kątem tak dokładnie, jak możemy to zrobić dziś. Zupełnie tak samo jak w przypadku "podwójnej nerki", która dziś wydaje się niektórym czymś WOW, a występowała również kiedyś, tylko diagnostyka nie była na aż tak szeroką skalę.

5. Brak zdrowego rozsądku

To też problem, który zauważyłam. Nic innego jak termin ORTOREKSJA nie pojawiało mi się w głowie gdy podczas zakupów, niektórzy rodzice z dziećmi odmawiali im absolutnie wszystkiego, nawet gdy dzieciaki proponowały już naprawdę bardzo kompromisowe produkty i nie musiały unikać jakiś konkretnych składników.

 Albo sami dorośli, którzy mówili "Hmm, zjadłabym to ALE..." i z uzasadnienia rozumiałam, że przeciwwskazań jako takich w sumie nie ma, ale osoba unika wszystkiego co popularnie złe na co dzień, a gdyby sobie pozwoliła jednak na tę jedną rzecz (i biorąc pod uwagę ten sklep raczej możecie sobie wyobrazić, że produkty w kwestii "niezdrowości" były okrojone maksymalnie) to czułaby na sobie piętno innych fanatycznych ekoludków.

Nie było ideału - bez glutenu, bez laktozy, bez jaj, bez drożdży, bez cukru (najlepiej w tabelce w rubryce węglowodany żeby było 0, bo dla niektórych jest to świadectwem na brak dosładzania...).  "Bo słyszałam, że tak jest zdrowo."

 Troska o zdrowie od strony pokarmu to strasznie ważna sprawa, szczególnie w czasach gdy odkrywamy, że tak naprawdę dietetyka to nie wyłącznie "JEDZ OWOCE I WARZYWA. BĘDZIESZ ZDROWY" i mamy już jakieś pojęcie o tym, że tak naprawdę każdy powinien mieć dietę całkowicie pod siebie i swój genotyp, dostosowaną do tego, co przyswaja najlepiej, a co mu, mimo pozornej sławy, wcale nie daje korzyści. Ale przecież nie można zwariować i czasem, jeśli nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, wyjątek raczej nie zrujnuje nam życia...

6. Sklep z żywnością ekologiczną? 
Tu nic nie kupimy.

Oh, to fantastyczna i ogromna grupa osób, które na sam widok takiego napisu dostawały dziwnych drgawek w mięśniach nóg i zapalała im się lampeczka UCIEKAJ!!!!!

Największą wadą tych sklepów (z czym się całkiem zgadzam) są ceny produktów. Czasem to naprawdę kosmos, ale z drugiej strony... Przypomina mi się w podobnych chwilach fragment tekstu Hansa pt. "ZłoTo":

" Zło to pretekst by też być złym, bo zło jest wszędzie"

No i tym sposobem krytykując sklepy, jak ten, w którym pracowałam, nie sprawdzając nawet zaopatrzenia, pozwalamy sobie na myślenie, że w zasadzie to nic już nie zmienimy, bo by być zdrowym musielibyśmy okropnie dużo płacić, więc cała odpowiedzialność spada na CENY, a nie na to, że nawet nie chcemy zerknąć i w razie czego pokombinować, bo może istnieje opcja by jeść bardziej zdrowo i wcale nie trzeba korzystać konkretnie z produktów z tego sklepu.

Przynajmniej ja jako ekspedientka nie naskakiwałam z kłami na klientów, którzy przyszli z ciekawości pooglądać co tam w ogóle sprzedajemy, a gdy wychodzili z pustymi rękami, nie zabijałam ich laserem z moich oczu. Ba, nawet uśmiechałam się tak samo serdecznie jak do wszystkich innych klientów i myślę, że w większości sklepów jest podobnie normalnie:)

 Żałuję i wiem, że będę się starała jak najbardziej otwierać oczy na to, że zaopatrywanie się w takich sklepach wcale nam nic nie gwarantuje. Co dla mnie samej było zabawne, to np. miałam masę klientów strasznie obnoszących się ze swoimi pseudozdrowymi nawykami i krzywiących się na widok jakiś produktów mniej kompromisowych, którzy po zakupach zgodnych ze wszystkimi aktualnymi trendami w żywieniu , szli zapalić papierosa obok mojego okna...

 7. Czy uważam, że produkty eko i generalnie tak zwana "zdrowa żywność" są coraz bardziej potrzebne?

Wrażenie na studiach, na genetyce zrobiły na mnie proporcje tego, co odpowiada za powstawanie chorób w naszym życiu. Wcześniej byłam nieco bardziej sceptyczna, ale aż 80% to dieta i styl życia. Reszta to geny i jasne, z nimi nie wygramy, ale małe decyzje dotyczące najbardziej prymitywnej czynności, pierwszej potrzeby, którą mamy - zdobywania pokarmu, na pewno nam nie zaszkodzą, jeżeli będą podejmowane bardziej z głową. A co najważniejsze - bez powielania niewiedzy czy braku zainteresowania tym tematem wyniesionej z domu. Szczególnie dziś gdy możliwe jest dopasowanie diety konkretnie pod nasz unikalny genotyp.

Tu znów przytoczenie. Przypomina mi się dowcip (z czasów gdy istniały jeszcze dowcipy, a nie tylko suchary:D):

Mały chłopiec pyta brata:
- Czemu smażysz mięso na tak małej patelni, przez którą musisz robić to w kilku partiach?
Brat odpowiedział, że w sumie to nigdy się nie zastanawiał i używa jej, dlatego, że ich mama zawsze tak robi. Chłopiec poszedł więc do mamy i zapytał, czemu ona robi to samo i czy nie byłoby prościej używać do tego większej patelni. Mama odpowiedziała to samo co brat, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiała. Robiła tak, dlatego, że takiej samej patelni używa Babcia. Zrezygnowany logiką swojej rodziny chłopiec poszedł więc do babci. Ta zdziwiona powiedziała "Ależ oczywiście, że masz rację! Gdybym tylko kiedyś miała taką dużą patelnię, o której mówisz...".

8. Żeby nie było tak pesymistycznie...

Spotkałam kilka naprawdę pokręconych osób, a szczególnie facetów. Najbardziej utkwił mi w pamięci pan, który nie wszedł do sklepu, a przechodząc czytał napisy na szybach na głos i skrzywiony powiedział do żony PRODUKTY POGAŃSKIE??? Być może - pomyślałam wtedy - bezpieczniej byłoby mieć w sklepie jakiś malutki kącik z zastawą religijną, żeby obok WEGAŃSKIE był malutki napis DEWOCJONALIA, co mogłoby uspokajać takie myśli i nakręcać biznes...

Klienci naprawdę bywali pomysłowi. O moją rozrywkę dbano pytając m.in. o:

- ekologiczne środki na potencję (nazywane romantycznie środkami "na miłość")

- ekologiczne płaszcze przeciwdeszczowe

- olej z marychy (ale w żadnym razie nie z marihuany!)

- kuskusumę (to było naprawdę wyzwanie, bo klient powiedział, że nie chodzi mu ani o kurkumę, ani o kuskus:D)

Żeby nie było nie fair wobec moich klientów, mi też zdarzały się niedociągnięcia. Szczególnie na początku, gdy niektóre produkty były mi średnio znane w temacie odżywiania i o których musiałam sobie doczytać, żeby nie tylko mój fartuszek sugerował o tym, że mam jakieś pojęcie o tym, co sprzedaję:)

A tak na poważnie... Co z tego wyniosłam?

  • przede wszystkim duużą wiedzę na temat produktów naturalnych (szczególnie miodów za którymi smakowo niespecjalnie przepadam), a do których się przekonałam, ze względu na zachodzący za moją zgodą proces ich indoktrynacji.
  • mniej ufam obrazowi, który budują przede mną obcy ludzie. Wcześniej byłam trochę bardziej otwarta i ufna, ale rozsądniej byłoby jednak pamiętać, że mało jest osób jednolicie szczerych i raczej większość to twory wielościenne, a to, z której strony je poznamy, zależy tylko o warunków w jakich się znajdziemy w danej chwili. Przesadna podejrzliwość na pewno nie ułatwi życia, ale zdrowe wyznaczenie większego obszaru na gimnastykę osób, które chcą zdobyć nasze zaufanie, raczej nie zaszkodzi:)
  • wyniosłam duuużo uśmiechów i pochwał i to mnie cieszyło najbardziej. Znalazłam fajne miejsce, gdzie mimo, że nie wszystko wychodziło mi od razu idealnie, nikt nie robił mi z tego powodu strasznych problemów, a ja mogłam odwdzięczyć się lojalnością.
  • najważniejsza dla mnie kwestia to jednak to, że zdobyłam pewne zaplecze(albo wzmocniłam system immunologiczny jak kto woli) i teraz, gdy spotkałabym się z jakimś średniosympatycznym i nieuzasadnionym potraktowaniem mnie, co tam miało miejsce w zależności od osób, to mogę sobie pomyśleć HEEJ, ZNOSIŁAŚ DZIELNIE WIĘKSZE MARUDY! lub po prostu przypomnieć sobie słowa mojego klienta, z prawdziwym szaleństwem w oczach, który mawiał do mnie jak mantrę BEZ EMOCJI, BEZ POŚPIECHU, PAMIĘTAJĄC O UŚMIECHU. To małe rzeczy, ale dla ludzi z tak rozwiniętym elementem analizy jak ja, kosmicznie przydatne praktyki:)

A gdzie Wy pracowaliście i czy było coś charakterystycznego, czego mogliście się dzięki tej pracy nauczyć?:)

23 komentarze:

  1. Mój syn ma skazę białkową i taki sklep byłby dla mnie błogosławieństwem :P Tyle się ostatnio naczytałam o zdrowym żywieniu i zamiennikach, że już mam dość i cieszę się, że przynajmniej nie ma jednak alergii na kakao bo karob jest ohydny (kupiłam, posmakowałam, bleee) :D Mleko kokosowe w proszku? Chcę to :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie musisz się teraz tym bardziej interesować. Co do mleka kokosowego w proszku - wspominam w poście co prawda o wodzie kokosowej w proszku, ale w ofercie sklepu miałyśmy różne sproszkowane napoje dla osób, które nie mogą przyjmować produktów mlecznych - kukurydziane, sojowe i gryczane, a po przygotowaniu miały z tego co wiem, przynajmniej kolor mleka, a konsystencja zapewne była podobna do mleka typu natumi,alpro itd. Jednak mnie zaintrygowałaś pomysłem o mleku kokosowym w proszku (polecam pyyszne natumi ryżowe z mleczkiem kokosowym) istnieje! Więc może warto spróbować:))

      Usuń
    2. Ostatnio dorwałam mleko kokosowe w cenie 1,04zł za puszkę więc jestem w raju. Ale wygląda na to, że małemu już to przechodzi. Jak cudownie jest móc zjeść omleta :D

      Usuń
    3. No to faktycznie czad. Życzę coraz większych możliwości w takim razie!:))

      Usuń
  2. Uwielbiam sposób w jaki piszesz. P.S. O co w ogóle chodzi z tym glutenem? Czemu wszyscy mają alergie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmmmm co ja mam Ci odpowiedzieć teraz, żeby to było w miarę konkretne, a nie zajęło pół bloga:D Gluten to taki białkowy element zbóż, dzięki niemu np. chleb jest taki lepki (na czeskich produktach bezglutenowych jest uroczy napis BEZ LEPKU:)). W ostatnich latach zauważono wieele zachorowań na celiakię czyli nietolerancję glutenu i takie osoby, po potwierdzeniu w badaniach, faktycznie powinny unikac produktow zbozowych (gluten jest w pszenicy, życie, jęczmieniu, owsie. Ale sprawa nie jest tak prosta - osoby z celiakią powinny całkiem wykluczyć gluten z diety, a wiele produktow, ktore sa ogolnie bez glutenu, moga pochodzic z zakladow, gdzie gluten jest przerabiany i wtedy produkt mimo, że np jest z kukurydzy czy kaszy jaglanej (albo jest np. kasza jaglana z takiego zakladu) nie moze byc oetykietowany jako produkt bezglutenowy. Niezdiagnozowana nietolerancja glutenu jest grozna, bo w skrocie gluten u osob, z takim schorzeniem, gdy ich dieta nieswiadomie jest normalna czyli spokojnie jedza sobie produkty zbozowe, gluten uszkadza ich mikrokosmki w jelicie cienkim, a to dzieki nim wchlaniamy skladniki pokarmowe, wiec na dluzsza mete osoby z celiakia bez diagnozy moga miec ogromne niedobory, sa wymeczone, maja mase dolegliwosci a schorzenia, ktore z nich moga sie rozwinac sa takze bardzo interesujace m.in. - osteoporoza, epilepsja, a wsrod nich, co dla mnie bylo najciekawsze, np. depresja.

      Usuń
    2. A teraz druga wazna sprawa. Ja sama szczerze mowiac bylam srednio nastawiona na diete bezglutenowa i raczej bylam blizsza krytyki (wiadomo, ze jest od razu masa osob, ktore same diagnozuja u siebie celiakie i zaczynaja nagle unikac zboz z glutenem, bo tak jest podobno zdrowo), ale na studiach mialam bardzo fajne wyklady z Profesor, ktora przedstawila nam jedne z nowszych badan nad glutenem i glowny taki wniosek z nich byl taki, ze istnieje tez NIECELIAKALNA nietolerancja glutenu, ktora moze nas zaatakowac w kazdym wieku, gdy przedtem nie mielismy zadnych problemow z glutenem. To bylby jakis argument za tym by glutenu unikac profilaktycznie, bo ta nieceliakalna nietolerancja moze wystapic po jakims wielkim stresie, ciezkich przezyciach. My glownie skupialismy sie na przykladach, ze np. byla smierc kogos bliskiego w rodzinie i u jej czlonka wykrywano potem taka nietolerancje, mimo ze wczesniej nie skarzyl sie na zadne dolegliwosci i nie mial problemu z glutenem. Te badania nad glutenem wciaz trwaja tak naprawde i jestem ciekawa co bedzie dalej. Mnie to zainteresowalo kiedys w liceum, bo moj kuzyn ma celiakie. W sumie dzieki temu sobie uswiadomilam jak mocno moze oddzialywac pokarm na organizm.

      Usuń
    3. Jest ogolnie masa produktow bezglutenowych i wciaz wchodza nowe. Istnieje mąka pszenna oczyszczana z glutenu (dla osob, ktore maja nietolerancje glutenu, ale moga przyjmowac pszenice bez niego), z ktorej np robi sie bezglutenowe ciastka itd. Sa oczywiscie chleby bezglutenowe (na mące ryzowej, gryczanej, kukurydzianej itd), platki owsiane bez glutenu (czyli tak samo oczyszczane jak ta mąka z pszenicy). Najwiekszy problem to rozne kasze i takie produkty wlasnie bazowe, obiadowe. Czytałam w internecie rozne blogi rodzicow bezglutenowych dzieci i wiekszosc z nich kupujac np. kasze jaglana bezglutenowa (z etykieta ze bez glutenu) i tak przeglada ziarna, zeby przypadkiem nie bylo tam innych, ktore jednak gluten zawieraja (moze sie to teoretycznie zdarzyc, bo tak jak mowilam, czesto sa to produkty z zakladow gdzie przerabiane sa tez normalne, glutenowe zboza). To sie moze wydawac przesada, ale np. znam dzieci, ktore prawdopodobnie przez zbyt pozne wprowadzenie diety bezglutenowej i w ogole zdiagnozowanie celiakii, mialy problemy z epilepsja i dzis, po zmianie diety, ilosc atakow zmniejszyla sie z ok 50 dziennie na kilka w jakis sytuacjach kryzysowych, to zawsze zalezy od dnia, wiadomo. No nie chcę juz ciagnac tego komentarza, ale dla mnie to fascynujace, ze przeciez ludzie musza jesc, a wciaz tak malo myslimy o tym co jemy i jak bardzo budujemy sobie niejednokrotnie grunt na przyszle choroby. Przeciez jedzenie to pierwsza potrzeba w zasadzie (no ok, woda jest niby wazniejsza, ale na samej wodzie daleko nie ujedziemy), tyle lat istnienia ludzi, a my dopiero teraz w sumie sie budzimy, ze to co w siebie wrzucamy jest naszym budulcem, jakbysmy wczesniej wierzyli, ze to jakis komputer decyduje o rozroscie naszego ciala:D Co faktycznie czesciowo moze byc prawda, ale i tak laczy sie zawsze z odzywianiem...

      Usuń
    4. bo np gdy jestesmy bardzo mlodzi, 9-18 lat mniej wiecej powstaja w naszym ciele adipocyty, czyli takie komorki tluszczowe, ktore w wieku gdy "zaczyna sie" znacznie przybierac na wadze czyli >25 powiedzmy srednio, wypelniaja się tluszczem i faktycznie tyjemy, a gdy np schudniemy, to te komorki beda jak puste woreczki, ktore wciaz czekaja na najblizsza okazje by wypelnic sie tluszczem i stad np. tzw efekt jojo. Cudzyslowie, bo gdy dieta jest stosunkowo zdrowa, nie powstaje nam tych adipocytow tak duzo i chwila gdy nagle przytyjemy "bo to juz TEN wiek", moze sie nie zdarzyc, a jesli juz to zrzucenie tych kilogramow bedzie prostsze, bo po schudnieciu nie bedziemy mieli tak duzo tych pustych woreczkow o charakterze sępów jak w wypadku osob, ktore odzywialy sie w okresie dorastania gorzej. Ja ogólnie trochę tak romantycznie bym chciala mozliwie mocno walczyc z lekomanią i w ogole zaleczaniem a nie eliminacja przyczyn (i to gdy mozna naturalnie, bo wiedza jest coraz wieksza), dlatego sie rozpisalam. Mam nadzieje, ze wytrwalas do konca i ze Cie nie oszukalam. Takie rzeczy to w nauce zawsze RELATA REFERO, wiec... Jak zaczne wlasne badania to zaloze bloga tematycznego i Cie zaprosze, a póki co moge sobie pisac w komentarzu na moim pseudokosmetycznym blogu:D Pozdrawiam i mam nadzieje, ze nie zniechecilam nikogo do pisania mi komentarzy, czy zadawania pytan...:D

      Usuń
    5. Dobra, cztery komentarze to było zbyt mało miejsca, żeby podziękować za komplement:D Także... Dziękuję!:)

      Usuń
    6. Z tym nagłym pojawieniem się nietolerancji na gluten to przecież nie jest tak, że on jest taki wyjątkowy. Ja to sobie porównałam do starszych osób, które na starość przestały jeść smażone mięso bo zaczęli się źle po nim czuć. Chociaż jeśli tak o tym piszę to chyba też jestem staruszką bo kiedyś nagle coś mi się przestawiło i jak zjem smażoną kiełbasę to się zwijam z bólu. Troszkę różne sprawy ale ja lubię takie skojarzenia ;D

      Chciałam jeszcze dodać, że nie bez powodu w poradnikach żywieniowych dla rodziców przy wieku, w którym podaje się gluten piszą magiczne wyrażenie "nie później niż"

      Usuń
    7. Hmm no na pewno Twoja teoria ma potwierdzenie przy nietolerancji laktozy, ale to tylko przez to, że z wiekiem naturalnie mamy mniej laktazy, co ma męczące skutki dla osób, które w tej sytuacji spożywają produkty mleczne jak dawniej. Choć oczywiście jak ze wszystkim, nie dotyczy to całej populacji. Co do glutenu to mi przynajmniej jeszcze nic nie wiadomo, żeby działało to na podobnej zasadzie wiążąc się np z wiekiem. Bardziej idzie to w stronę tej "nagłej" nietolerancji, która jest tłumaczona na razie różnorako i m.in. tak jak wspomniałam w komentarzu wyżej. Myślę, że na przestrzeni lat na pewno będzie nam wiadomo duuużo więcej i ta kwestia stanie się jaśniejsza:)

      Usuń
    8. Chyba zły przykład dałam ze staruszkami ;) Po prostu przy różnych produktach tak jest, że w pewnym momencie coś się przełącza. Moja przyjaciółka co jakiś czas ma tak, że ma alergię na coś, co nigdy jej nie przeszkadzało. Najgorzej było kiedy nie mogła jeść truskawek... a uwielbia truskawki... Zawsze jak ją czymś częstuję to najpierw pytam czy teraz ma na coś alergię.

      Usuń
  3. Na pewno chciałabyś zostać kebabem? A co, gdyby się usmażyli i zjedli?:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no nie wiem czy byłby odważny, który by się tego podjął:D

      Usuń
  4. Ciekawy artykuł ;))
    Obserwuje i zapraszam do siebie : http://kobiecomania.blogspot.com/
    ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. za buziaka mogę nawet wybaczyć "artykuł":D

      Usuń
  5. Dzięki za odpowiedź... Wow. Powinien być post! Lol . Mam jeszcze jedno pytanie. Było u mnie pod spiskami. Czym myjesz zęby?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiem... Tak, tak, zbierałam się do odpowiedzi, nawet ją napisałam, ale musiałam ostatecznie lecieć na pociąg i dlatego nie dodałam. Myję elmexem, bo to chyba najprostszy wybór jeśli się chce mieć pastę bezsmakową. Co do przekonań a propos fluoru to jeszcze nie wyrobiłam sobie opinii, dlatego jakoś specjalnie go nie unikam. Głównie zależy mi żeby pasta była bez super odświeżającego efektu, bez silnych detergentów i ogólnie żeby nie robiła spustoszenia moim błonom śluzowym:D

      Usuń
  6. Też chciałam pracować w takim sklepie, ale mnie nie wzięli :c Co studiujesz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha:D Może następnym razem się uda! Obecnie dietetykę:D

      Usuń
  7. Ja w mojej obecnej pracy uczę się głównie czego NIE chcę robić i zaczynam myśleć więcej nad rozwojem i całym dalszym życiem ;) Co do relacji z ludźmi - hm, ja cały czas jestem dość ufna, ale faktycznie praca pokazuje, że cwaniaków i marud jest dużo. Trzeba nauczyć się z nimi żyć ;)

    OdpowiedzUsuń

Uważam, że dżentelmeni nie rozmawiają o oczywistościach, dlatego nie muszę pisać o szanowaniu zdania każdej osoby. Kochajmy się i nie spamujmy:)