poniedziałek, 16 listopada 2015

Aktualizacja listopad 2015 - cel 100 osiągnięty?:)

Witajcie!

Miałam ostatnio naprawdę zakręcony czas z pierwszymi i kolejnymi zaliczeniami, stąd aktualizacja pojawia się dopiero dziś. Moje włosy trochę w tym miesiącu przeszły, dlatego zapraszam Was do małej relacji!:)

Włosy na dzień dzisiejszy:



Co się działo przez ostatnie dwa miesiące?

1. Niestety, ale zaczęłam mieć problem z wypadaniem włosów. Moja dieta aż tak drastycznie się nie zmieniła, stres jest jak był wcześniej, więc moim zdaniem jest to powiązane z twardszą wodą, którą muszę myć w nowym mieście włosy. Mój skalp czasem daje oznaki niezadowolenia i jest przesuszony, więc prawdopodobnie wypadanie jest jego drugą linią obrony. Celem na następne miesiące będzie po prostu nawilżanie skalpu i wprowadzenie ostatniego płukania wodą przegotowaną. 

2. Końcówki są w niesamowicie dobrym stanie mimo, że dość znaczny czas unikałam przesadnego związywania. Teraz jest to już niemożliwe i warkocz częściej gości na włosach (co widzicie na zdjęciach) ze względu na większy wiatr, płaszcz, szaliki.

3. Nadal myję tylko skalp przy każdym myciu, a raz na jakiś czas (w rodzinnym domu, żeby woda działała trochę łagodniej) myję całe włosy i nakładam maskę.

4. Włosy przeżyły trzeci koncert Luxtorpedy i jak zawsze był czad. Jak tak dalej pójdzie to koncertami Lux będę odmierzać czas do osiągnięcia włosowych celów:D

5. Zużycie kosmetyków do włosów zeszło do minimum w moim przypadku przez baardzo rzadkie mycie całych włosów. Ogranicza to przynajmniej zakupy i czas, a włosy wyglądają absolutnie najlepiej jak mogą. Co za niesprawiedliwość! Albo po prostu reguła Le Chateliera Chemicy!:D

6. Myślę nad likwidacją dreada. Nie buntuje włosów w sąsiedztwie by robiły się kołtuny, ale decyzja wisi w powietrzu. Przeraża mnie tylko długość włosów w tym miejscu po obcięciu i efekt lustra z 1/4 ludzkości.
 
7.  Nie kończę działalności blogowej i mam w zanadrzu kilka postów m.in. jeden powyborczy, o tym jak wykorzystać kreatywnie prezenty od kandydatów do władzy...


I najważniejsze - ile urosły? Czy mają już 100 cm?


długość we wrześniu: 97 cm

długość w listopadzie: 99 cm

Brakuje dokładnie 1 cm:D Prawdopodobnie w nowy rok wejdę już jako Roszpunka:D


A jak się macie Wy i Wasze włosy?:))


I moje ostatnie niewłosowe odkrycie - Organek:



poniedziałek, 26 października 2015

Niedziela dla włosów - olej awokado?

Witajcie!

Włosy od ostatniej niedzieli dla włosów nie były mocniej oczyszczane, dlatego postanowiłam, że czas by to powtórzyć a przy okazji wypróbować olejek, który niedawno kupiłam - awokado. Jesteście ciekawe efektów? Zapraszam do czytania:)


Co zrobiłam?


mycie: YEGO

odżywianie: maska Isana Oil Care Spullung + 5 kropli oleju awokado


Efekty:


Jak widzicie pierwsza sprawa to czynny udział osób trzecich w tym poście - mam własnego fotografa! (dzięki Pi!) Co do maseczki, spodziewałam się lepszych efektów. Ostatnio po samej masce Isana moje włosy wyglądały bardzo dobrze i były świetne w dotyku. Po wczorajszej są w niektórych miejscach leciutko przeciążone (choć dałam tylko 5 kropli tego olejku) i choć nie jest to problemem, to dziwi mnie, że wciąż mimo przeciążenia wyglądają na nienawilżone. Ostatni efekt był naprawdę zadowalający i myślałam, że tak już będzie z tą maseczką, ale widocznie połączenie jej z olejem awokado w przypadku moich włosów nie jest najlepszym pomysłem. Mimo to nie mogę narzekać, włosy są naprawdę ok, nie mam problemów z rozczesywaniem a po użyciu Gliss Kura prawie w ogóle nie dają znać, że są już taaaak długie.

W najbliższym czasie postaram się napisać aktualizację, bo włosy zostały zmierzone i warto byłoby się w końcu podzielić tym jak się zachowywały w czasie ostatniego miesiąca. Ja tymczasem powracam do nauki mięśni.

A jak Wam minęła niedziela dla włosów?:))


niedziela, 11 października 2015

Niedziela dla włosów

Witajcie!

Jestem, jestem - przetrwałam! Pierwsze dwa tygodnie za mną. Oprócz zmiany tła do zdjęć, stałam się przez ten czasu oficjalnie studentem, a jednocześnie kierowcą, który obecnie marzy o byciu motorniczym... W każdym razie, warunki do włosomaniactwa mam idealne i grzechem byłoby zawieszenie bloga na czas mojej edukacji. Dlatego też ostatecznie zjawiam się z Niedzielą dla włosów!:)

Co zrobiłam?


mycie: YEGO

odżywianie: maska Isana Oil Care


Efekty:


Długo czekałam żeby wypróbować tę maseczkę, ale szczerze mówiąc nie miałam czasu zastanawiać się nad tym jakie mogą być efekty. Niedzielną pielęgnację postanowiłam przeprowadzić w czasie nauki, co jeszcze bardziej odciągnęło mnie od rozmyślań czy warto w ogóle na coś liczyć. Jestem naprawdę bardzo mile zaskoczona. Włosy są baaardzo miękkie (z czym zawsze jest u mnie największy problem nawet w przypadku użycia maseczek super nawilżających) i wciąż pachną. Co do nawilżenia, uważam, że jest dla moich mytych całościowo raz na 2,3 tygodnie włosów, dostatecznie dobre, jednak dla włosów bardziej przesuszonych może być niewystarczające. Ja jednak nie narzekam i myślę, że będę używać tej maski często, bo oprócz wymienionych przeze mnie zalet, bardzo dobrze chroni też moje włosy przed plątaniem w czasie wiatru, o czym mogłam się dziś przekonać dzięki uprzejmości Pogody:)


A jak minęła Wasza niedziela? Jak się macie?:))

środa, 23 września 2015

Smutna historia pewnego dreada... + zdjęciaa

Witajcie!

Jakoś na początku wakacji zapowiedziałam na blogu post o moim nowym nabytku, nowym synku, który faktycznie przyszedł na świat. Gotowe były również zdjęcia do posta, dread został doczepiony do moich włosów. Dlaczego więc post nigdy się nie ukazał?

Zacznijmy od początku...

Wiem, że z reguły babcie lubią eksperymentować z włosami. Może nie tyle eksperymentować, co spotykać się z fryzjerem albo generalnie wykonywać zabiegi na włosach. Z moją Babcią jest zupełnie inaczej. Ma bardzo długie, grube włosy i niespecjalnie pozwalała mi się ich dotykać aż do pewnego magicznego dnia... 

Rozmawiałam z nią na temat pielęgnacji (oczywiście wie, że mam bloga i oczywiście na każdą prośbę "Będę mogła tam pokazać Babci genialne włosy????" odpowiadała, żebym się nie wygłupiała:D) i w pewnym momencie zapytałam, czy może chciałaby żebyśmy zrobiły coś z jej włosami. Wcześniej robiłyśmy już maseczkę na twarz ze spiruliny, więc opowiadanie jej o produktach, których używam nie jest dla niej czymś zupełnie nowym. Zaczęła mi opowiadać, że w ostatnich miesiącach ma duże problemy z rozczesywaniem końcówek. Jej włosy były ostatni raz obcinane wiele lat temu, dlatego też zaproponowałam, że mogę to zrobić, a jako osoba z długimi włosami, myślę, że jestem bardzo przekonywująca mówiąc "OBETNĘ NAPRAWDĘ TYLKO ZNISZCZONĄ CZĘŚĆ A W RAZIE CZEGO BĘDZIEMY PODCINAĆ WIĘCEJ PO UZGODNIENIU!". Tak też się stało i z włosów do pasa, których końce były bardzo przerzedzone, otrzymałyśmy taki efekt:


Jako profesjonalny fryzjer, zapewniłam Babci atrakcje - miłą atmosferę w towarzystwie dziwnych żartów i natychmiastowe olejowanie z użyciem oleju kokosowego oraz uroczyste przekazanie jego porcji na "potem". Ścięłam około 15 cm, ale uwierzcie końce były bardzo zniszczone, Babcia rozczesując je bardzo się męczyła i przez to, że ciągle się plątały, wiele z nich wyrwała, więc ostatecznie końce były w opłakanym stanie. Po olejowaniu zrobiłyśmy warkocza i według mnie wyglądał nieziemsko:



Jego rozmiary przy moim, w którym jest jeden dread są naprawdę kosmiczne. Niestety, Babcia nie mogła cieszyć się spokojem po tym zabiegu, ponieważ jej nad wyraz eko wnuczka uknuła pewien plan... Postanowiłam zużyć suche końce, które ścięłam, do stworzenia sobie dreada. Zawsze chciałam mieć jasnego dreada, którego mogłabym farbować, jednak szkoda było mi mojego brązowego na przygody z rozjaśniaczem a potem męczenie się, gdyby życie z nim było inne niż w moich oczekiwaniach. Zabrałam się do pracy i po może godzinie powstało coś takiego:




Jego pierwsza postać była oczywiście bardzo owłosiona i mięciutka. Należało to jak najlepiej dopracować i ostatecznie mój nowy przyjaciel był już gotowy:




Był bardzo jasny, jednak nie biały jak generalnie włosy mojej Babci, ponieważ na końcach miała pozostałości po blond farbie nakładanej kilka lat temu. Kolor absolutnie nie pasował do moich włosów i wyglądało to strasznie, dlatego postanowiłam zmienić go na mój nostalgiczny fiolet (w gimnazjum miałam ok. 2 lata dwa fioletowe dready). Przed tym jednak umyłam całego a potem zrobiłam mu kąpiel w ziołowej herbatce, żeby bardziej go podsuszyć. Następnie kupiłam gencjanę, nalałam do foliowego woreczka moją nieśmiertelną Isanę Professional i dodałam do tego ok. 15 kropel gencjany. Chciałam uzyskać baardzo intensywny fiolet. W trakcie oczekiwania na to aż dread "załapie", wyglądało to tak:




Był to naprawdę świetny pomysł, ponieważ mogłam dopilnować palcami (przy tym absolutnie się nie brudząc), żeby w każde miejsce dreada dotarł kolor. Po około 30 minutach, wypłukałam dreada i podsuszyłam. Poniżej jest małe porównanie koloru, który otrzymałam, z moich kupionym syntetykiem:



 W celu doczepienia mojego nowego nabytku, musiałam zrobić malutkiego dreada z moich włosów, zaraz obok mojego pierwszego dreada. Porcja włosów, którą na to przeznaczyłam była oczywiście niewielka, ale w mojej opinii wystarczająca na utrzymanie fioletowego dreada. Jedynym problemem była moja niecierpliwość:D Sama zrobiłam tego malutkiego dreada absolutnie z tyłu głowy co było wyzwaniem, bo znajdował się na środku, a potem samodzielnie doczepiłam nowe dziecko:


Brązowe włosy, które odstają w miejscu łączenia to niedociągnięcia, które chciałam po prostu obciąć. Tamtego dnia moje palce były bardzo zmęczone i najważniejsze było już tylko, że dread nie odpada. Nauczona również poprzednimi doświadczeniami z doczepianiem dreada, który potem buntuje włosy wokół i mam zamiast jednego, kilka dreadów, wykorzystałam mulinę do owinięcia włosów najbliżej głowy, dzięki czemu zapewniłam im izolację od włosów.


Dumna mama:D Przeżyliśmy razem około miesiąca, ale potem pewnego dnia (chusteczka w dłoń!) mój syn odpadł, a ja nie miałam po prostu motywacji by go doczepić. Wspólne chwile były naprawdę miłe, jednak generalnie nie czułam się zbyt dobrze z tak mocnym kolorem, a na dodatek dread był bardzo długi. Tuż przed maturą, na jednych z zajęć przygotowawczych, tak się denerwowałam, że oderwałam końcówkę mojego brązowego dreada:D Od tamtego czasu nie doczepiłam tych 10cm, bo naprawdę z krótszym dreadem żyję mi się lepiej. To niestety przeważyło na los drugiego brata w czasie po maturze, którego nie potrafiłam do końca zaakceptować. Ostatecznie zostałam z moim starym dreadem i z jednym nowym malutkim, do którego doczepiałam fioletowy.

Mały łobuz był naprawdę bardzo irytujący, ale zbyt uroczy by go obciąć. Wciąż uciekał z koka, wystawał z warkocza, a przy rozpuszczonych włosach niejednokrotnie robił wrażenie większego chaosu niż był na mojej głowie w rzeczywistości:D Dlatego też w ostatnich dniach zakończyłam całą przygodę z fioletowym dreadem, ostatecznie rozplątując krótką bazę, do której go doczepiałam. Włosy są jako tako odratowane (te, z których zrobiłam bazę do fioletowego były krótsze niż reszta i pamiętały czasy fioletowych dreadów w gimnazjum, więc nie jest mi jakoś specjalnie szkoda ewentualnych zniszczeń), ja zadowolona i nareszcie wolna!

Prawdopodobnie nie znacie nikogo innego kto robiłby dready z włosów swojej Babci... Lecz z drugiej strony chyba tylko wariaci są coś warci?:)


poniedziałek, 21 września 2015

Niedziela dla włosów - pomyłka

Witajcie!

Byłam tak zafascynowana, że nareszcie moja maskowa kolekcja się powiększyła o Isanę Oil Care, która wszyscy tak zachwalali aż tu nagle okazało się, że kupiłam odżywkę:D Ostatecznie dziś zaopatrzyłam się także w sławną maskę, jednak niedzielna pielęgnacja była oparta na jej (mniemam po wzroście) starszej siostrze. Zapraszam do czytania!

Co zrobiłam?


mycie (nareszcie całej długości): YEGO + kawa

odżywianie: Isana Oil Care Spulung


Efekty:



Nałożony na włosy kosmetyk przebywał cały czas pod folią i dodatkowo wszystko podgrzałam suszarka a potem śmigałam w mojej czapce z uszami, więc chyba z mojej strony wszystkie punkty zostały spełnione. Co do efektów, szczerze mówiąc są zaskakująco dobre:D Włosy są bardzo miękkie i łatwo się rozczesują. Generalnie efekt jest taki sam jak po innej odżywce Isana, którą namiętnie używam od wielu lat. Co do tej nowej miałam pewne obawy ze względu na Isopropyl Alcohol, którego mojego włosy jakoś specjalnie nie lubią. Na szczęście okazały się one bezpodstawne. W słońcu włosy naprawdę pięknie lśnią po tej niedzieli, a poza tym wciąż nie rozumiem, jak można nie kochać Isany:D Każda odzywka z ich firmy mimo baardzo niskiej ceny zawsze nawilża moje włosy Nie jest to oczywiście efekt jak po bogatszej masce, ale dla moich ostatnio (tfu,tfu) bezproblemowych włosów, jest to perfekcja. 

Dodatkowo ta niedziela była z kilku powodów bardzo ważna, jednak włosowym, główny powodem było pożegnanie się z moim malutkim synkiem. W tym tygodniu przybliżę Wam jego historię, bo myślę, że to naprawdę materiał na film. Jeśli jesteście fanatyczkami dramatów z wątkami miłosnym i intrygami, zaopatrzcie się w chusteczki, bo ten post może być naprawdę czymś, czego nie przetrwacie bez miękkich pomocników.

 Wracając do tematu niedzieli, na zdjęciu widzicie włosy po całym dniu noszenia. Rano nałożyłam na nie kroplę serum, ale i ono nie zapewnia mi całodziennego błogostanu i zawsze potrzebuje jakiegoś pielęgnacyjnego wsparcia. W tym ta odżywka spisała się bardzo dobrze. Czekam z niecierpliwością na czas, gdy przetestuję maskę, bo skład wygląda dużo ciekawiej niż użyty przeze mnie w tę niedzielę kosmetyk:)

A Wam jak minęła niedziela?:))

piątek, 18 września 2015

Nakarmi, zmatowi, uratuje i zawsze zrozumie - mąka żytnia!

Witajcie!

Na moim blogu w przeciągu tego roku pojawiło się kilka napomknięć na temat mąki żytniej. Mimo wszystko jednak ten temat jest dla mnie wciąż źródłem niekończącej się fascynacji i wciąż czuję niedosyt w kwestii zapoznania Was z mocą tej mąki. Co nieco mogłyście przeczytać TU, gdzie opisuję efekty po umyciu włosów szamponem stworzonym z mąki żytniej i wody. Od tego czasu troszeczkę ewoluowałam w kwestiach wykorzystania tej mąki i chciałabym przybliżyć Wam moje aktualne metody wykorzystywania tak łatwo dostępnego, a dającego taki ogrom możliwości produktu. Zapraszam do czytania!



Podstawowa sprawa:

Jaką mąkę wybrać?

Przez ten rok przetestowałam różne mąki żytnie i szczerze mówiąc wszystkie w pielęgnacji były takie same. Różniły się tylko czasem stopniem zmielenia - jedne były gładsze, drugie mniej, ale oczywiście nigdy nie dostaniecie tej mąki w tak gładkiej postaci jak pszenna czy ziemniaczana, więc nie warto się tego bać. Póki co nie mam swojego jednego faworyta i jeśli się to zmieni, na pewno wprowadzę tutaj nazwę!:)

Najważniejsze dwie zasady:

Z całego serca polecam przesianie mąki przed przygotowywaniem poniższych "kosmetyków". Może Wam to wiele ułatwić w późniejszym czasie i nie narażać skóry na żadne niedogodności ani Was na dyskomfort (pozostałości na niej niezmielonych elementów). Moja druga zasada to przygotowanie kosmetyków z świeżo otwartej mąki. Wiadomo, że w trakcie przechowywania w kuchni może ona częściowo stracić swoje własności absorbujące. Dlatego też gotowe kosmetyki od razu przesypuję do plastikowych pudełeczek (jak te na zdjęciu) i trzymam w łazience.

Co możemy zrobić z mąki żytniej?

1. Szampon

Blog jest włosowy, więc zaczniemy oczywiście od tej partii ciała:D Stworzenie takiego szamponu polega na zmieszaniu kilku łyżek mąki żytniej (ilość zależy od długości włosów) oraz wody. Polecam zacząć od 2 łyżek mąki żytniej i zmieszać je z 2 łyżkami wody, a w razie potrzeby stopniowo dodawać mąkę. Konsystencja zależy od Was choć oczywiście łatwiej będzie nakładać bardziej płynny szampon.

Kilka wskazówek:
  • jeżeli razi Was zapach tej mikstury (dla mnie nie było to zbyt przyjemne) to polecam spróbować z dodaniem olejku eterycznego lub małą porcję odżywki o intensywnym zapachu, która nadaje się do mycia włosów
  • jeżeli obawiacie się, że po umyciu we włosach pozostanie widoczna mąka (dla mnie nie jest to ogromny problem, bo zawsze zostaje na nich niewiele i z czasem po prostu spada), przesianie jej przed zrobieniem szamponu powinno w 90% zapobiec temu efektowi.
  • jeżeli macie ochotę zmodyfikować ten przepis czymś także z kuchni, polecam Wam wypróbowane przeze mnie dodatki:
- kakao - działa lekko nawilżająco i bardzo możliwe, że poprawi też zapach naszego szamponu

- kurkuma - dzięki właściwościom naturalnie odkażającym, myślę, że to naprawdę świetny pomysł na dodatek do szamponu. Skóra na głowie to wciąż skóra i od czasu do czasu warto byłoby zadbać o nią tak jak o skórę na twarzy:) Jedna uwaga: OSTROŻNIE Z ILOŚCIĄ! Zbyt duża ilość kurkumy może spowodować, że nasz skalp będzie żółty. Moim złotym środkiem na to jest po prostu dodawanie malutkiej ilości. Czuję wtedy, że zrobiłam coś dla skalpu, ale też dla swojego komfortu:)

- fusy z kawy - doskonałe w momencie gdy potrzebujemy peelingu a jednocześnie mogą pomóc przy zmianie zapachu szamponu na bardziej pobudzający.

Tak przygotowany szampon trzymam na głowie kilka minut (2-5) i zmywam.

2. Puder do twarzy

Tu podstawą jest bardzo dobrze przesiana mąka. Ja mąkę na mój ostatni puder przesiewałam 3 razy i mogę powiedzieć, że jest wystarczająco gładka i wolna od wszelkich elementów, które trzeba potem specjalnie zdejmować. Używam jej jako pudru już naprawdę bardzo długo. Zależy mi przede wszystkim na bardzo mocnym macie i w tym mąka żytnia jest naprawdę bardzo dobra. Przez całe lato używałam jej regularnie i nie zauważyłam żadnego przesuszenia. Nie obyło się też oczywiście bez poprawek po kilku godzinach - wszystko jak zawsze zależy od naszej skóry, ale w takie lato jak tegoroczne, chyba ciężko byłoby się obyć bez poprawek:D

Co możemy dodać do pudru?

Generalnie ja używam wersji bardzo podstawowej, do której dodaję wcześniej wspomnianą kurkumę. Porcja jest ponownie maleńka, bo nie chcę mieć żółtej skóry. Zamiast kurkumy w celu nadania pudrowi właściwości antybakteryjnych, możemy dodać cynamonu. Ja tego nie robię, bo bardzo podrażnia moją skórę, która z reguły nie reaguje na żadne alergeny więc bądźcie z tym ostrożne!:)

3. Naturalny bronzer

To zupełne szaleństwo. Teoretycznie możemy stworzyć sobie same bronzer i przepis może być jednoskładnikowy - gorzkie kakao. Ja stworzyłam sobie wersję kakao + puder żytni + troszkę kurkumy. W tym przepisie puder pozwala na otrzymanie mniej intensywnego odcienia i może uratować nas przed zbyt ciemnymi śladami. Myślę, że to bardzo interesujący przepis i jeśli nigdy nie próbowałyście stworzyć własnego bronzera, warto spróbować. Kakao  ma w domu chyba każdy, a zamiast mąki żytniej można użyć mąki ziemniaczanej, której nie trzeba przesiewać i która może nadać bardziej satynowe wykończenie.

Moja opinia o tym kosmetyku nie jest zbyt dobra - próbowałam z kakao różnych firm i niestety żaden stworzony bronzer nie dał się rozprowadzać równomiernie i tworzył na skórze plamy lub tak w nią "wchodził", że wyglądałam po prostu jak brudna:D Mimo wszystko jednak polecam Wam wypróbowanie tego przepisu, bo być może w moim przypadku jest to jakaś wina skóry i Wam wyjdzie to duużo lepiej:)

4. Pasta do mycia twarzy

Absolutny ulubieniec spośród wszystkich rzeczy, które mogę przygotować dzięki naszej mące. Podstawowa wersja - przesiana mąka żytnia, z małym dodatkiem wody jest doskonała do łagodnego oczyszczenia twarzy np. po nocy. Spokojnie radzi sobie z sebum i zostawia skórę matową w porównaniu z efektem po umyciu zwykłym żelem do twarzy. Jedyny jej minus, który należy korygować dodatkami to według mnie to, że w żaden sposób nie nawilża i skóra po jej użyciu jest pod względem nawilżenia taka sama jak przed myciem, wiec przynajmniej w moim przypadku użycie kremu jest obowiązkowe/

Moje ulubione dodatki:

- kakao - kolor jest czekoladowy, zapach jest przyjemny a do tego moja skóra bardzo lubi delikatne nawilżenie jakie zapewnia jej ten produkt

- kurkuma - cel to oczywiście znowu nadanie własności antybakteryjnych

- czarnuszka - faworyt. Pasta z czarnuszką była najlepszą jaką zrobiłam (może oprócz tej aktualnej). Do przesianej mąki żytniej dodajemy rozdrobnioną czarnuszkę i gotowe. Moja czarnuszka była rozdrabniana blenderem, więc ziarenka wciąż były wyczuwalne, ale taki delikatny peeling był naprawdę bardzo przyjemny:) Do tego zapach mojej pasty, gdy wstawałam rano, dodawał mi energii i poczucia świeżości większego niż podstawowa wersja.

- spirulina - obecnie jest w mojej paście i nadaje jej lekko błotnego koloru. Spirulinę kupiłam 1,5 roku temu i niestety maseczki z niej nie są dla mnie zbyt korzystne, dlatego szukam innych metody na jej zużycie i pasta jest naprawdę świetnym wyjściem. Skóra po dodaniu spiruliny jest bardziej nawilżona i na pewno lepiej oczyszczona.

- węgiel aktywny - może Wy też czytałyście post u Aliny na jego temat? Jeśli nie polecam Wam się zapoznać z TYM WPISEM. Po jego przeczytaniu kupiłam w aptece węgiel i najpierw wypróbowałam jako maseczkę, a potem jako dodatek do pasty do mycia zębów, a ostatecznie wylądował w mojej paście do mycia twarzy i pudrze. Alina zaznacza tam, że węgiel potrzebuje przebywania na skórze przynajmniej 10 minut, a moja posta ma ze mną bliższy kontakt maksymalnie 3 minuty. Mimo wszystko jednak spróbowałam, ale ciężko mi powiedzieć o jakiś widocznych efektach. Dużo lepiej sprawuje się węgiel w formie maseczki. Jako dodatek do pudru, lekko barwił go na szaro (oczywiście używałam bardzo małych porcji węgla) i stosowałam go zbyt krótko by rzetelnie ocenić czy coś zmienił czy nie. Jeśli nie próbowałyście maseczki z tym produktem lub naturalnie lekko wybielającej pasty do zębów, polecam!:)

- glinki - w zależności od charakterystyki naszej skóry, dobrze dobrana glinka na pewno nie zaszkodzi nam w towarzystwie mąki żytniej. Kluczowa sprawa to jednak unikanie przesuszenia, więc raczej nie polecałabym tego dodatku jako składnika do pasty, którą macie zamiar myć twarz często.

Moim zdaniem warto przygotować sobie jedną pastę, która nie ma zbyt wielu składników, a jednocześnie nie jest zbyt uboga i w momencie, gdy będziemy potrzebowały wzmocnienia efektu oczyszczającego, możemy zawsze do porcji tej pasty dodać np. glinkę. Jest to mnie problematyczne niż przygotowywanie kilku wersji tej pasty - wersja łagodna, wersja oczyszczająca itd.

5. Puder do włosów - suchy szampon

Przy tym kosmetyku również warto dobrze przesiać mąkę. Pozwoli to uniknąć nadmiernej ilości jej pozostałości na włosach, które nie zawsze chcą zniknąć. Do tego pudru często dodaję też trochę kurkumy, ale częściej jest to kakao, ze względu na barwiące mąkę właściwości, zmieniające kolor na bliższy moim włosom.

Czy warto się bać tej mąki jako suchego szamponu?

Po wielu miesiącach aplikacji powiem Wam szczerze, że nie. Jednak warto przede wszystkim dobrze przesiać mąkę i druga sprawa: aplikować na czyste włosy. Wtedy nasz puder pochłania nadmiar sebum, który pojawia się z czasem a włosy oprócz większej objętości, są naprawdę dłużej świeże. U mnie spokojnie wytrzymują 3 dni gdy użyję mąki w dniu po pierwszym myciu i następnego dnia. Gdy zrobię to za późno, wygląda to tragicznie - mąka osadza się na włosach i jest bardzo widoczna. Po aplikacji na czyste włosy tego problemu po prostu nie ma. Wiadomo, że jest to produkt naturalny i ciężko uzyskać efekt jak po szamponie kupnym, ale myślę, że naprawdę warto spróbować i zaczynać z mniejszymi ilościami dobrze przesianej mąki. Dla mnie żytnia jest milion razy lepsza niż ziemniaczana, ponieważ ta druga okropnie lśni na moich włosach i nie czuję się z tym ani trochę komfortowo. Żytnia nałożona nie za późno, nie sprawia takich problemów i łatwo ją strzepać z włosów, gdy zostanie na nich coś widocznego.

Dodatki do suchego szamponu:

- kurkuma - ostrożnie, bo barwi. Ryzykuję z nią, bo myślę, że to dużo lepszy pomysł niż dodawanie cynamonu, który bardzo łatwo uczula. Jest to według mnie opcja bezpieczniejsza, choć wymaga wyczucia w porcjowaniu.

- kakao - brunetkom na pewno nie zaszkodzi:)

- glinka - być może to dobry pomysł, choć szczerze odradzam - przy regularnym stosowaniu fakt, włosy będą świetnie odbite od nasady, ale możecie poważnie przesuszyć sobie skalp. To jednak znowu kwestie indywidualne, więc zawsze można spróbować!

6. Tortilla!

Pielęgnacja pielęgnacją, ale to już powód, dla którego mąka żytnia jest moją prawdziwą królową:D Odkąd zmieniłam trochę perspektywę w kwestii mojej diety, mąka żytnia jest w niej obecna baaardzo często i po prostu traktuję ją jako zamiennik mąki pszennej. Czasem nie jest to zbyt smaczne i lepiej najpierw spróbować zestawu 1:1 mąka żytnia:mąka pszenna, ale to naprawdę świetna sprawa. Mój ulubiony przepis z tą mąką to ten poniżej, pochodzący z bloga VEGAZONE.

Przepis:

- 2 szklanki mąki (w przepisie jest pszenna, ale spokojnie można użyć żytniej. Jedyny minus tego to w moim odczuciu zmniejszenie elastyczności ciasta, ale z czasem wszystko można sobie wypracować:))

- 160 ml gorącej wody

- 2 łyżki oleju

- szczypta soli

W skrócie: mieszamy mąkę ze szczyptą soli, dodajemy gorącą, ale nie wrzącą wodę i olej a potem ugniatamy ciasto i odstawiamy na kilkanaście minut. Po tym czasie dzielimy ciasto (według podanych proporcji w przepisie, możemy podzielić je na 8 równych części. Ja dzielę na 4, co w efekcie daje po prostu grubsze blaty. Myślę, że przy dobrym rozwałkowaniu, spokojnie można otrzymać 8) i rozwałkowujemy na średnicę ok. 1-2 cm większą niż średnica patelni. Potem smażymy na suchej patelni, z nieprzywieralną powłoką i gotowe!

Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają zrobione według tego przepisu tortille (ale z mąki pszennej), polecam Wam wpis na wspomnianym wyżej blogu. Nie znalazłam prostszego, który dałby równie dobre tortille:)

Jako ambasadorka Polskiego Związku Miłości Do Mąki Żytniej ogłaszam oficjalne zakończenie tego posta. Nareszcie czuję, że informacji o tym produkcie jest na moim blogu więcej i nareszcie będę mogła spać bez wyrzutów sumienia.


Koniecznie powiedzcie mi co myślicie o używaniu mąki żytniej w pielęgnacji!:)


wtorek, 15 września 2015

Niedziela dla włosów - moje włosy znów lubią olejki?

Witajcie!

Dłuuugi czas niedziela nie była już dla moich włosów żadnym wyjątkowym dniem, dlatego z nadejściem mojej ulubionej pory roku, postanowiłam powrócić do dawnych zwyczajów. Nie wiem na jak długo, perspektywy są wciąż nieznane, ale skupmy się na dniu dzisiejszym! Post spóźniony bardzo bardzo leciutko, choć mimo wszystko, więc nie przedłużam i zapraszam do czytania!:)

Co zrobiłam?

olejowanie: Babydream fur Mama + Isana Professional

mycie: Babydream (skóra głowy) i Isana Professional (długość)

Efekty:


Ostatnie próby z olejowanie moich włosów metodą "na odżywkę" miały miejsce bardzo dawno temu. Wcześniej używałam do tego niebieskiej Isany i efektami byłam zachwycona (TU pisałam o tej metodzie i odżywce więcej), ale dziś już jej nie kupuje, więc użyłam mojej ulubionej odżywki do mycia. Ostatecznie włosy są naprawdę bardzo śliskie. Łatwo się rozczesują (choć generalnie nie mam z tym problemu to da się wyczuć różnicę, bo rozczesywałam je gdy były jeszcze lekko mokre) i mimo noszenia ich w formie kucyka, nie są tak podatne jak zwykle na plątanie się po jakimś czasie. Ogólnie efekt dociążenia, który zawdzięczam temu olejkowi baaardzo mi się podoba i zachęca do dalszych, bardziej regularnych eksperymentów.

A jak Wasza niedziela dla włosów?:))
 

sobota, 12 września 2015

Aktualizacja włosów - sierpień 2015 (cel 100 cm osiągnięty?)

Witajcie!!!!

Nie będę ukrywać, że bardzo bardzo się cieszę, że nareszcie mogę coś tu napisać! Po moich perypetiach z niedziałającym aparatem i brakiem godnego zastępcy, blog zapadł na wakacje w sen zimowy... Na szczęście ostatecznie aparat udało się naprawić i nareszcie możemy cieszyć się ponownie nieidealnie ostrymi zdjęciami moich okropnych, zbyt długich włosów:D Zapraszam do czytania!:)

Czego używałam w sierpniu?

mycie: Babydream, YEGO

odżywianie: Isana Professional (500ml)

olejowanie: olej Babydream Fur Mama, olej kokosowy

zabezpieczanie: serum Marion termoochrona 

Włosy na dzień dzisiejszy:



Na zdjęciu klasycznie lekko latające:D Jest to wynik mojej absolutnej dezaprobaty co do robienia zdjęć po nałożeniu serum.

Włosy w sierpniu były naprawdę bezproblemowe. Większość czasu spędziły w koku, a potem w lekcyjnych warkoczach, jednak korzystałam z nich też śmiało w czasie wolnym, gdy mogły być bardziej wyeksponowane i zniosły to naprawdę nieźle. W porównaniu z ubiegłym latem w tym roku moje włosy były prawie idealne - miękkie i otwarte na wszelkie współprace. Nie było mowy o żadnym przesuszeniu czy przyspieszonym niszczeniu się końcówek (pewnie przede wszystkim przez to, że nadal myję je w warkoczu, więc kontakt z detergentami jest naprawdę bardzo ograniczony). 

W tym miesiącu także pierwszy raz miałam okazję testować na nich słynny olej Babydream Fur Mama. Efektem, który podobał mi się najbardziej, był wzmożony blask, ale w innych kwestiach niestety tak jak inne oleje i ten nie opanował mojej czupryny. Używałam go na włosy suche, kilka razy na zmoczone i efekty były podobne, ale wciąż będę mu dawała szanse. Choć mimo wszystko, olej kokosowy + serum jest połączeniem nie do przebicia, więc częstotliwość zużywania olejku dla mam będzie bardzo, bardzo mała w kwestiach włosowych.

Także w sierpniu zmieniłam serum do zabezpieczania końcówek. Serum, którego używałam już baaardzo długo akurat nie było w sklepie i znalazłam same z alkoholem, więc dla eksperymentu (istne szaleństwo!) zdecydowałam się na ten gigantyczny krok i kupiłam serum termoochronne. Myślę, że na czasu gdy słońce atakowało dość intensywnie nie był to najgorszy pomysł:) Teraz oczywiście też go używam i jestem tak samo zadowolona:))

Około tydzień temu podcięłam moje włosy o jakieś 1,5cm ze względu na ciągle pojawiające się po jakimś czasie zniszczenia zlokalizowane niestety wyżej niż koniec włosów. Powycinałam większość z nich pojedynczo, a potem wyrównałyśmy cały dół w bardzo delikatny kształt U, od którego wciąż nie chciałabym odchodzić.

Liczbowo moje włosy urosły X cm (ciężko powiedzieć ile podcięłam dokładnie) i obecnie ich długość to:

od linii włosów: 97 cm

od czubka głowy: 87 cm


Wynika z tego, że cel na te wakacje (100cm) nie został ostatecznie osiągnięty, choć mam dwa "ALE":

1. Moje wakacje wciąż trwają więc przez miesiąc może akurat się uda:D

2. Absolutnie nie wyobrażam sobie unikać podcinania końcówek, żeby tylko osiągnąć jakąś liczbę centymetrów, bo brzmi to "imponująco", więc cieszę się, że nawet po podcięciu centymetrów jest wciąż duuużo:)

A jak Wam minął ostatni tak ciepły miesiąc?:))


piątek, 7 sierpnia 2015

Aktualizacja włosów - lipiec 2015

Witajcie!

Lipiec był dla mnie dość ciężkim miesiącem, ale na szczęście teraz jest już tylko lepiej:) Połowa typowych wakacji już za mną, a cel na ten okres 2, 3 miesięczny - 100 cm coooraz bliżej! Jesteście ciekawe ile centymetrów przybyło? Zapraszam do czytania!:)


Produkty, których używałam w tym miesiącu:


szampony: Babydream wersja ułatwiająca rozczesywanie, YEGO

maski: Placenta, Alterra Granat i Aloes

odżywki: obawiam się, że żadna

serum: Marion (+ kropelka oleju kokosowego)

Inne: spirulina, spray Gliss Kur

Włosy na dzień dzisiejszy:



Żeby mieć to zdjęcie musiałam czekać baaardzo długo i jak możecie wywnioskować po moim wyrazie twarzy (w rzeczywistości absolutnie nie pyzowatej, ale zabawnie zobaczyć taką wersję:D) widocznej w cieniu, wciąż jestem niezadowolona. Obiecuję następnym razem normalną jakość!

Przede wszystkim należy się moim włosom ogromna pochwała. Było mi z nimi absolutnie dobrze i naprawdę nie pamiętam tak dobrego miesiąca jak ten. Myślę, że lipcowy wygląd włosów to w końcu maksymalnie widoczne efekty zmiany metody mycia. Dotychczas wakacje nie były dla mnie zbyt szczęśliwym okresem w kwestiach włosowych, bo mimo zabezpieczania ich (często całej długości) olejem kokosowym lub serum, wciąż nie chciały się układać. Najgorsze były wyjścia gdy nie spędzałam na dworze zbyt dużo czasu, a jednak później zawsze mogłam odczuć, że włosy tęsknią za nawilżeniem i bardzo się plączą mimo, że w tamtym czasie nawilżałam je bardzo często i praktycznie co mycie...

Dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej! Większość czasu co prawda spędzają jako kok, jednak zawsze gdy wychodzę są rozpuszczone, na co nie mogłam sobie pozwolić tak często chociażby rok temu latem. Gdy widzę, że potrzebują ujarzmienia (co też się oczywiście wciąż zdarza, ale dużo rzadziej), używam po prostu najpierw olejku a potem jedwabiu, choć z reguły nie czekam na prośby z ich strony i codziennie rano pamiętam o tym by użyć tych dwóch produktów. Jedyna okoliczność, gdy nie pozwalam sobie na rozpuszczanie włosów wychodząc na zewnątrz to wietrzne dni. Dzięki temu zaoszczędziłam sobie wiele czasu, który mogłabym przy starych nawykach spędzić na rozplątywaniu kołtunów i generalnie wyrywaniu sobie włosów:D

Zbieram się do napisania posta podsumowującego moje mycie - nie mycie włosów, gdzie zawrę dużo więcej szczegółów, więc zapraszam Was już teraz:)

Wracając do aktualizacji, kilka razy w tym miesiącu użyłam też masek, ale doszło do tego naprawdę może 2 czy 3 razy, więc chyba nie ma o czym mówić:D Generalnie w pielęgnacji stawiałam na peeling kawowy, jeśli chciałam trochę mocniej oczyścić skalp i dodatkowo nadać włosom przy głowie blasku a jednocześnie trochę bardziej się obudzić:) 

W tym miesiącu również tak jak w każdym innym w ostatnim czasie, najważniejsze było dla mnie wzbogacanie diety o składniki niezbędne dla włosów. Moje ostatnie doświadczenia (w czerwcu moje włos rosły jak szaaalone) zachęciły mnie do sprawdzenia, czy to co wtedy jadłam regularnie naprawdę miało na to wpływ. Po kolejnym miesiącu myślę, że mogę odpowiedzieć TAK:) Przejdźmy do konkretów:

włosy urosły o: 1,3cm

aktualna długość włosów: 97,5 cm (mierzone od linii włosów)


Jak widzicie pozostało mi tylko 2,5 centymetrowa droga do osiągnięcia celu co nie ukrywam, bardzo mnie cieszy, choć wciąż na pierwszym miejscu włosowych radości jest fakt, że końcówki są w tak dobrym stanie, że nie muszę zaprzątać sobie głowy terminem podcięcia. Póki co!


A jak Wam minął lipiec?:))
 

czwartek, 9 lipca 2015

Pielęgnacja włosów na świecie - część II. - relacje z czatowania!

Witajcie!

W styczniu mój wpis na temat pielęgnacji włosów w innych krajach bardzo się Wam spodobał i głos w sprawie nakłonienia mnie do stworzenia kolejnej część zabrało wiele osób, dlatego ponownie wróciłam do czatowania i maltretowałam spotkanych ludzi:D Jesteście ciekawe co z tego wyszło? Zapraszam do czytania!

1. Meksyk


Pierwszą dziewczyną, którą spotkałam w drugiej serii przesłuchań była Elena. Tak jak ostatnio pisałam, musiałam trochę zmienić strategię i zamiast robić zwykłe przesłuchanie, zwróciłam się do niej z zapytaniem o sposoby na polepszenie stanu moich włosów, które nie są w najlepszej kondycji. Poleciła mi użycie awokado w formie maseczki oraz wspomniała coś o majonezie. Dla jasności zapytałam ją czy ma na myśli majonez robiony w domu, czy może jednak kupny, ale myślała oczywiście o własnoręcznie zrobionym z żółtek:)

2. Rosja


To była chyba moja najlepsza rozmowa o włosach, bo udało mi się wyciągnąć z rozmówcy naprawdę wiele informacji jak na brak podobnych zainteresować! Moją partnerką do rozmowy była nauczycielka angielskiego, Swietłana. Tak jak wspomniałam, nie podziela naszej pasji do pielęgnacji włosów, ale była na tyle uprzejma, że opowiedziała mi kilka rzeczy o swojej babci, która bardzo o włosy dba! Przede wszystkim jej babcia bardzo lubi płukanki. Swietłana powiedziała, że ulubioną jest płukanka z rumianku, bo wierzy w jej ogromną moc wzmacniającą włosy. Kolejną była płukanka z łupin cebuli, która stosowana jest przez kobietę również głównie ze względów odżywczych, a nie chęci delikatnej zmiany zabarwienia włosów. Oprócz płynnych mikstur jej babcia stosuje też od wielu lat kefir w formie maseczki na skalp i długość. Nakłada go na godzinę przed myciem włosów i bardzo sobie chwali taką formę pielęgnacji. Najbardziej rozbawił mnie stosunek Swietłany do tych wszystkich szaleństw, których dopuszcza się babcia, ponieważ dziewczyna powiedziała mi, że nie potrafi zrozumieć tej kobiety, która ma naprawdę długie włosy i bardzo o nie dba, a wciąż ukrywa je pod chustką:D Na bank jej babcia ma duszę włosomaniaczki!

3. Słowacja



Po Rosji przyszedł czas na jeszcze bliższą mi sąsiadkę czyli bardzo zabawną Sonię, pochodzącą ze Słowacji. W pierwszych minutach rozmowy okazało się, że ona też szaleje za włosami, jednak później doszłyśmy do punktu, że ona uwielbia zajmować się stylizacją włosów, a pielęgnacja nie jest jej hobby. To była bardzo miła rozmowa i po konsultacji z Sonią, zdecydowałyśmy się, że wstawię Wam tu dwa zdjęcia fryzur, które wykonała i wysłała mi w czasie rozmowy, żebym miała lepszy obraz tego co ją pasjonuje:



To była bardzo sympatyczna rozmowa, bo pierwszy raz spotkałam kogoś kto chętnie mówił o włosach:D Sonia prawdopodobnie to czyta, więc serdecznie pozdrawiam!:)

4. Dania


Kolejną ofiarą mojego ataku była Mette. Zdecydowałam się do niej napisać, ponieważ w nicku miała informację o kolorze swoich włosów, więc uznałam to za dobry odnośnik! Nie była to specjalnie absorbująca rozmowa i na odpowiedzi czekałam bardzo długo, bo temat ewidentnie jej "nie leżał" mimo, że oczywiście nikogo nigdy nie zmuszam do wyznań!:D Ostatecznie jednak dowiedziałam się, że jej ulubionym sposobem na pielęgnację włosów jest używanie oleju kokosowego, który nakłada przed myciem na ok. godzinę i zmywa. Polecała mi również awokado i sok z aloesu, którego również używa do pielęgnacji twarzy, tworząc z nim różne maseczki. Pod koniec rozmowy dodała jeszcze, że bardzo lubi też w pielęgnacji olej z pestek moreli, więc nie można powiedzieć, że ta pozornie ciężka wymiana zdań była bezowocna!:)

5. Bułgaria


Rozmowa z Mariją była absolutnie najbardziej satysfakcjonująca! Dziewczyna odpowiedziała mi, że ona z natury ma ładne włosy i w Bułgarii wszystkie kobiety takie włosy już po prostu mają, więc nie muszą o nie specjalnie dbać, a jedyny sposób, który mi poleca, jeżeli chciałabym mieć ładne włosy, to ingerencja w mój genotyp!:D

Wydaje mi się, że ta druga część będzie już ostatnią. O ile pisanie tych postów i samo ćwiczenie angielskiego jak i również poznawanie ludzi z całego świata było dla mnie bardzo ciekawe, to żeby zebrać informacje do tego posta, straciłam naprawdę ogrom czasu na czacie. Jest to oczywiście zrozumiałe, ponieważ nie był to jakiś czat tematyczny, ale póki co ja mam już dość wyciągania informacji z obcokrajowców, którzy w przypadku 1 na 10 są w stanie mi coś opowiedzieć:D Mimo wszystko jednak uważam to za fajne doświadczenie, mój angielski zyskał duuużo na swobodzie, nie wspominając jak bardzo pomogło mi to w przygotowaniach do matury ustnej! Największy plus tego "cyklu" to moim zdaniem to, że pokazałam, że na całym świecie używam już praktycznie tych samych metod i możemy się czuć bardziej globalnie współtworząc włosowy świat!:)


 Jakie macie odczucia po tych postach? 
Czujecie się bardziej globalne?:)


PS: Zamiast tego posta powinnam pomyśleć o wpisie na temat ludzi, którzy byli najdziwiniejsi:D Pierwsze miejsce zajmie para z Brazylii, która całą rozmowę namawiała mnie do wejścia na ich facebooka, żebym zobaczyła ich dzieci, całą rodzinę, dom, zdjęcia z wakacji... Nie wspominając o całych rzeszach HORNY BOYS, którzy absolutnie wzmocnili moją psychikę, a niektórzy z nich byli prawdziwymi poetami!:D
 

poniedziałek, 6 lipca 2015

10 włosowych postanowień na lato wedlug mnie

Witajcie!

Okres wakacji to jak zawsze czas postów o tym jak będzie wyglądała "wyjątkowa" pielęgnacja włosów i długo zastanawiałam się czy warto taki wpis stworzyć ponownie skoro kiedyś już podobny zaistniał z przepisem na mgiełkę z filtrem UV, ale uznałam, że produkty, których używam trochę się zmieniły i warto! Zapraszam do czytania:)

 www.tapeteos.pl

Jak będzie wyglądała moja pielęgnacja w wakacje?


1. Mycie włosów w warkoczu

Kompletnie nie wyobrażam sobie teraz, żeby na najgorszy dla moich włosów czas upałów, powrócić do mycia całych włosów co dwa dni. Nie dość, że słońce łatwo je przesusza, to jeszcze katowanie ich na długości tak często szamponami sprawiłoby mi tylko więcej kłopotu. Dzięki zmianie metody mycia moje włosy są baardzo długo nawilżone i jeśli już widzę, że potrzebują czegoś więcej to wystarcza im porcja olejku. Co ciekawe przed wprowadzeniem tej zmiany, od może jakiegoś roku, moje włosy nie przyjmowały zbyt dobrze olejków. Używałam bardzo różnych i mało który dawał fajny efekt, nawet gdy zmywałam go odżywką, a nie Babydream. Myślę, że włosy potrzebowały w tamtym czasie jeszcze solidniejszego nawilżenia niż byłam w stanie im dać. Teraz wystarczy odrobina oleju kokosowego, który również był w tym roku na czarnej liście jeśli chodzi o stosowanie solo i włosy wyglądają na znacznie odżywione!

2. Kapelusz

To według mnie najważniejszy punkt. Choćbyśmy nie wiem jak chroniły włosy na długości musimy pamiętać skąd wyrastają. U mnie dochodzi jeszcze kwestia tego, że ciężko mi sobie poradzić gdy mój skalp stanie się już przesuszony, więc kapelusz jak najbardziej mi w tym pomaga, a przy okazji chroni mnie przed następstwami spędzania na słońcu zbyt długiego czasu:)

3. Ochrona długości czyli olej + serum

W ostatnim czasie testowałam połączenie dwóch kosmetyków i wiem, że to właśnie one będą moimi niezbędnikami przez najbliższe miesiące. Codziennie wcieram we włosy dużą kroplę oleju kokosowego, uwzględniając przede wszystkim końcówki). A potem do akcji wkracza silikonowe serum i włosy uzyskują można powiedzieć kolejną warstwę, która je chroni. Nie dość, że olej kokosowy słynie z tego, że ma naturalny filtr, to cały ten efekt wzmacniam silikonami, które dodatkowo blokują destrukcyjny wpływ słońca! Staram się, żeby porcje nie były zbyt duże, bo włosy mają po takim zabezpieczeniu przede wszystkim wyglądać dobrze.

4. Koki, warkocze

Przeważnie gdy już jestem poza domem i mam kapelusz, a wiem, że spędzę dużo czasu na polu bitwy z gorącą falą, zaplatam warkocz i chowam go z tyłu pod bluzkę jeżeli nie muszę wtedy martwić się o to by wyglądać normalnie:D Czuje wtedy, że włosy są troszkę bezpieczniejsze, bo w moim przypadku sam warkocz już je puszy, więc co dopiero połączenie WARKOCZ + SŁOŃCE. Wolę nie myśleć:D Ale czasem się to zdarza i też żyję, więc można! Jednak 90% lata włosy spędzają w koku. Jest to w moim przypadku dużo wygodniejsze niż warkocz i daje zawsze możliwość szybkiego przywrócenia włosów do opcji ROZPUSZCZONE. Jedyny minus koka to to, że nie mieści mi się w kapeluszu w zupełnie żaden sposób, nawet jeśli jest bardzo duży i maksymalnie płaski... Zresztą z warkoczem mam ten sam problem - kiedyś włożenie w kapelusz warkocza nie było problemem, teraz znaczna końcówka warkocza i tak by wystawała, więc nie ma to zbyt dużego sensu...

5. WODA!

To najważniejszy punkt. Gdy nie piję wystarczającej ilości wody, moje włosy potrafią być oklapnięte już po jednym dniu od mycia. Dzieje się tak nie tylko latem, bo zauważam to w czasie każdej pory roku, ale latem wszystko się nasila ze względu na ilości wody jakie tracimy przez samą temperaturę. Woda to mój ulubiony kosmetyk w kwestii walki z przyspieszonym przetłuszczaniem!

6. Mąka żytnia

Próbowałam kiedyś używać mąki kukurydzianej, ziemniaczanej, pszennej jako suchego szamponu, ale żytnia absolutnie wygrywa. Odkąd zaczęły się upały jest to także mój ulubiony naturalny produkt do mycia twarzy. Świetnie oczyszcza i w żaden sposób nie przesusza mojej skóry. 
Co do włosów, mój ulubiony patent na mąkę żytnią latem to po prostu wtarcie jej gdy włosy wyschną po umyciu. Wsypuję do miseczki łyżeczkę albo pół i wcieram w całą skórę głowy, szczególnie uwzględniając miejsca gdzie włosy przetłuszczają mi się najszybciej. Jest to metoda przetestowana na mnie i śmiało mogę Wam ją polecić!
Ogólnie zastanawiam się też nad powrotem do mycia włosów tą mąką. Był to dla mnie świetny sposób i może udałoby mi się w końcu odciąć od wielkich kosmetycznych koncernów?:D

7. Mycie włosów wieczorem

Ile by nie mówić o wadach mycia włosów o tej porze, ja na pewno latem nie przestawię się na inny. Czas wysychania włosów tak bardzo mnie przeraża, że jeśli miałabym gdzieś wyjść w dzień i planować pod to cały grafik, żeby włosy zdążyły wyschnąć to po prostu bym zwariowała!:D Należę do grupy osób, które śpią praktycznie bez ruchu, więc moje włosy w czasie nocy leżą przełożone przez łóżko i rano mogę się cieszyć ich świeżością bez marnowania czasu!

8. Sprawdzone kosmetyki, po które na pewno sięgnę

Myślę, że na pewno będzie to spray Gliss Kur. W razie opcji spędzenia na słońcu dłuugiego czasu na pewno mi on nie zaszkodzi, a dodatkowo włosy zyskają ładny zapach i będę pewna, że łatwiej je potem rozczeszę!

Kolejny kosmetyk to odżywka w tubie Isana Oil Care Spullung. To co czuje do tej odżywki to po prostu szaleństwo. Była jednym z pierwszy produktów, których używałam zaczynając przygodę z włosomaniactwem i nigdy mnie nie zawodzi. Nie są to odżywki wybitnie nawilżające, ale u mnie najważniejsza jest kwestia tego, aby mieć fajną bazę (Placenta mnie zabija intensywnością zapachu) do prostej maseczki, która odżywi włosy w lekkim stopniu, bo przez zmianę metody mycia po prostu więcej teraz nie potrzebują. Dodatkowo świetnie wygładza włosy przez co są mega lśniące i za to chyba ją kocham najbardziej!

9. Słona woda

Gdyby moje włosy miały okazję spotkać się z morzem, na pewno będę pamiętała o tym by je po tym całe umyć i nałożyć coś nawilżającego, ale jednocześnie nie myśleć o nich zbyt wiele, tracąc przez to radość z życia!

10. NNKT i witaminy 

Jak wiecie absolutnie nie jestem zwolenniczką suplementów. Kilka razy próbowałam je w siebie wmuszać, żeby sprawdzić ich działanie na porost włosów, ale mam tak ogromną blokadę w kwestii farmaceutycznych spraw, że po prostu jest to na dzień dzisiejszy niemożliwe i nie przez kwestię lenistwa, a przekonań. Wynagradzam to włosom w sposób naturalny, jedząc produkty, które mogą im i mi przynieść więcej korzyści niż tabletki. W moim codziennym jadłospisie występuje przeważnie kilka produktów spośród spośród włosowej listy, którą mam głowie i przede wszystkim są to płatki owsiane, orzechy, jajka, kawa zbożowa, słonecznik, gorzkie kakao. Te są moimi ulubieńcami i widzę naprawdę różnice od czasu, gdy zwracam uwagę na ich spożycie, a czasami gdy moja dieta wyglądała inaczej:)

Jak widzicie mój plan pielęgnacji opiera się na prostych zasadach i właściwie pielęgnacji w pielęgnacji jest tam stosunkowo niewiele, bo bardziej zależy mi w tym momencie na tym by nie szkodzić. Dużej uwagi z mojej strony w kwestii kosmetycznej włosy teraz nie potrzebują, więc ograniczam wszystko co może je niszczyć i liczę z niecierpliwością, że do końca wakacji uda mi się zdobyć 4 cm i nareszcie będę miała 100!

A jakie są Wasze sprawdzone metody na przetrwanie lata w dobrym stanie?:))


piątek, 3 lipca 2015

Aktualizacja włosów - czerwiec 2015

Witajcie!

Tyyyyyle czasu zajęło mi dojście do tego momentu, kiedy nareszcie mogę dodać posta! Ostatnimi czasy mam ogromne problemy z aparatem, który absolutnie odmówił posłuszeństwa, a jeśli mnie czytacie, to wiecie, że mam na głowie teraz masę innych, nowych wydatków, które są milion razy ważniejsze. Mimo wszystko jednak będę nadal jak lwica walczyć o to, żeby posty miały możliwość ukazywania się ze zdjęciami!!! Zapraszam do aktualizacji!

Włosy na dzień dzisiejszy prezentują się tak:



Czego używałam w tym miesiącu?


szampony: Babydream, YEGO
odżywki: Isana Professional Oil Care Spullung
maski: Placenta
serum: Marion
oleje: kokosowy 


Jak minął włosom czerwiec?


Czasami zdarzały się pierwsze upały, więc włosy związywałam w koczek i tak przetrwałam najgorsze chwile. Ogólnie miały się dobrze i końcówki tak jak widzicie na zdjęciu, układają się naprawdę fajnie i nie ma ani jednego powodu do tego, by myśleć o podcięciu. Problemu z potrzebującą nawilżenia długością prawie nie było, bo nadal praktykuję WARKOCZOWĄ METODĘ MYCIA WŁOSÓW. Mimo wszystko jednak czasem zdarzało się, że włosy potrzebowały większej porcji nawilżenia niż tylko wtarty w nie po umyciu olej kokosowy, więc może AŻ dwa razy nakładałam na nie maseczkę z Placenty zmieszanej ze spiruliną albo znowu olejem kokosowym:D Odkąd podcięłam włosy po maturze, olej kokosowy stał się moim niezbędnikiem i na tę chwilę nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niego. Zresztą same widzicie jak wielu produktów używałam w czasie tego miesiąca, co jest ewidentnym dowodem na to, że ten jeden produkt potrafi zastąpić mi masę innych!

Może pamiętacie, że aktualizację włosów z maja dodałam 19. czerwca. W przeciągu tych dni, do dzisiaj, moje włosy z 94,5 cm urosły 1,7 cm! Poobserwuję nadal czego to zasługa, bo mam pewne podejrzenia odnośnie diety i jeśli to się potwierdzi, to bardzo chętnie Wam jeszcze o tym napiszę!

Zatem obecna długość włosów: 96,2 cm

Dzięki, że wpadliście na tego posta, mimo że trochę czasu miałam kolejny zastój. Brak sprawnego aparatu strasznie mnie męczy, bo praktycznie do każdego posta zdjęcia są u mnie niezbędne, więc jest to znaczny problem, ale skoro dzisiejszy post powstał, to mam nadzieję, że kolejne również poznają BÓL ZAISTNIENIA. I dzięki tym, którzy martwili się o mnie najbardziej pisząc w komentarzach, że pewnie nadal mam matury skoro nie ma nowych wpisów na blogu!;)


A Wam jak minął czerwiec?:))


PS: Zapraszam w przeciągu dwóch, trzech dni na kolejny, wakacyjny post, który jest już napisany i tylko czekał na impuls z aparatem!

PS 2: Mój malutki synek czeka żeby się Wam pokazać, ale aparat skutecznie to uniemożliwił. Czuje się dobrze, tak jak mama, więc mam nadzieję pokazać Wam go na dniach, bo nareszcie Słońce wróciło i będzie mi łatwiej zastąpić aparat.



sobota, 20 czerwca 2015

Moja największa inspiracja na wieki wieków - Helena

Witajcie!

Dzisiaj obchodzę pewne święto i pomyślałam, że to dobra okazja, żeby podzielić się z Wami moją największą i najdłużej zalegającą mi w pamięci inspiracją do zapuszczania włosów - Heleną z "Ogniem i mieczem"! Ten film oglądany pierwszy raz w dzieciństwie zrobił na mnie ogromne wrażenie i zaraz po tym jedna z moich lalek, która miała dosłownie trzy włosy (były do kolan, bardzo gęste i zbite w trzy dready), stała się od razu Heleną wożoną na przyczepie od traktora, którą położone futerko zmieniało od razu w wóz, którym jechała Kurcewiczówna w filmie... Jestem absolutnie zafascynowana jej włosami i po prostu.... same spójrzcie!

Oczywiście przed oglądaniem zadbajmy o tło muzyczne:


Zapraszam do oglądania!













Jakby tego było mało, spójrzcie jeszcze raz jak te warkocze wirowały w tańcu i wiły się wokół Heleny i Skrzetuskiego:


 Czy Wy też szalejecie za włosami Heleny? 


PS: Wiem, że to nie były jej włosy, ale...

  nie wracajmy jeszcze na ziemię, w brokacie gwiazd nam do twarzy!