piątek, 23 września 2016

Zaparcie w celach i jelitach czyli prawdziwy obraz moich wakacji - słów kilka o pracy i rzecz jasna - CO NA TE ZAPARCIA???

Witajcie!

Bloger sprawdza moją kreatywność nie udostępniając mojego posta o powyższym tytule, dodanego wczoraj, dlatego zapraszam darzących mnie większym zaufaniem czytelników TUTAJ, bezpośrednio przechodząc do wpisu, a mniej ufni mogą się tam znaleźć klasycznie, przez wejście na główną stronę bloga, gdzie post znajduje się jako drugi na liście postów:) Pozdrawiam serdeczniee!

bez senność

czwartek, 22 września 2016

Zaparcie w celach i jelitach czyli prawdziwy obraz moich wakacji - słów kilka o pracy i rzecz jasna - CO NA TE ZAPARCIA???

Witajcie!

Jak to miło móc być tak często i mieć Wam coś śmieszno - dziwnie - a być może ciekawego do opowiedzenia! O włosach już chyba wiemy trochę, więc dziś nie zajmę się żadnymi recenzjami (wszak mój blog jest w prawdziwej czołówce w kategorii RECENZJE KOSMETYKÓW), recepturami czy nawet z lekka ekscentrycznymi pomysłami na pielęgnację jak np. PRZESTAŁAM MYĆ WŁOSY DLA ICH DOBRA. Dziś trochę inaczej...
 
Wspominałam Wam kilka razy, że te wakacje mijały mi w trochę nowych okolicznościach - zmieniłam miasto i zamieszkałam sama (Pi, naprawdę to słowo mnie boli!) porzucając moją ulubioną współlokatorkę na rzecz trzech współlokatorów; rozpoczęłam pracę i procedurę zmian odnośnie mojej szkolnej rzeczywistości (którymi zostałam momentami przygnieciona), na dodatek otoczenie postanowiło mnie aktywnie zmotywować do przeistoczenia się w kamienną Niobe. Na szczęście jakiś ostatni, najmniejszy palec u lewej ręki, wciąż spod głazu wystawał i poruszanie nim było inicjacją całego procesu, dzięki któremu ostatecznie do Was w ogóle piszę:) Najważniejszą zmianą w tym całym letnim czasie, wokół której wszystko się kręciło i na której się dziś skupimy, była moja praca.

Gdzie pracowałam skoro uznaję, że warto by powstał o tym specjalny post?

Czepiając się już szczegółów, myślę, że z moim usposobieniem, pracując nawet jako osoba filetująca ryby, dostrzegłabym w tym wiele filozoficznych myśli, istotnych obserwacji, teorii wyjaśniających dotychczas znane mi zjawiska i post by powstał... Na szczęście! Nie pracowałam jednak jako fileciarz(?). Swoja drogą krótka dygresja. Co rok jestem pod ogromnym wrażeniem elastyczności w użytku języka polskiego wśród naszych rodaków, którzy piszą ogłoszenia na portalach z ofertami pracy na wakacje. Moje ulubione to: "Zatrudnimy na stanowiska kelnerka, pomoc kuchenna, pizzerman, kebab". Im częściej trafiam na podobne ogłoszenia, szczególnie z moim ulubionym zwrotem DAM PRACĘ, tym bardziej chciałabym kiedyś spróbować jak to jest być kebabem. No chociaż przez wakacje!

Wracając na ziemię okrzemek i powagi, spędziłam wakacje w miejscu, za które bym się dała pokroić rok temu - w sklepie, gdzie produkty trzeba po klientach odwracać nazwami do przodu, gdzie musisz być dla klienta pszczelarzem, zielarzem, piekarzem, dietetykiem, kucharzem, a często także spowiednikiem. Sklepie z żywnością ekologiczną. Co prawda, pierwiastek Marii Treben we mnie ucieszyłby się bardziej wtedy ze sklepu zielarskiego, ale na obecne współrzędne, na mojej mentalnej mapie, lepszego miejsca wymyślić sobie nie mogłam:)



Co pochłaniało moją uwagę szczególnie 
w tym wszystkim?

1. Towar

Zaczynam od najbardziej oczywistej rzeczy, choć według mnie nie najważniejszej spośród tego, co obserwowałam. Mimo tego, że staram się wiedzieć co wchłaniam, zauważyłam dopiero podczas pracy, że nadal jestem bardziej "wykształcona" w stronę wiedzy o nawykach, a nie ich faktycznym wprowadzaniu w zadowalającej mnie mierze. To postanowiłam powolutku zmieniać w ramach moich możliwości i starając się zachować racjonalizm (co też jest nieziemsko ważne). Inna sprawa to też fakt, że na minionym roku studiów szaleństwem byłoby szukanie czasu na głębsze analizy swojej diety i zaczytywanie się w pracach na ten temat, olewając chemię albo muzykowanie w środowisku R... Mimo ogromnych chęci.

W pracy poznałam tak różne produkty, że czasem naprawdę byłam zaskoczona, że dostępne są tak wygodne rozwiązania jak np. woda kokosowa w proszku. Ile dzieci z alergią na kakao widujemy ze strąkami karobu w łapce? Kto z nas wie, że istnieje coś takiego jak duużo zdrowszy odpowiednik Coca Coli - Green Cola słodzona stewią i posiadająca naprawdę fajny skład w porównaniu z oryginałem albo kto pił sfermentowaną zieloną herbatę na wzmocnienie odporności i ogólną profilaktykę? A niewątpliwie warto byłoby spróbować!

Inna sprawa to w ogóle świadomość tego na jakich produktach bazowych się opieramy - mąki, makarony, kasze itd. Wiele osób, które poznałam było zaskoczone, że jest tego aż taki wybór i że sklepy eko to nie tylko "zdrowe ciasteczka i nasiona".

2. Nie ma drogi na skróty

To też niestety prawda. Czasem po prostu nie da się znaleźć zdrowego odpowiednika tego na co mamy ochotę. Cukier w wielu przypadkach można zastąpić, ale czasem niemożliwym jest znalezienie czegoś, co sobie wymyśliliśmy. W kwestii mojej pracy, to oczywiście był czas wakacji i wiadomo, że ludzie nie wyjeżdżają z domu żeby siedzieć w kuchni i woleliby skorzystać z możliwych gotowców, ale czasem one póki co, są ciężko osiągalne albo brutalnie mówiąc, nie istnieją.

Druga kwestia dotycząca skrótów (wynikających z ograniczonej wiedzy) to ceny niektórych towarów, które tak naprawdę możemy wykonać samemu w domu i zapłacić naprawdę duuużo mniej. Na myśli mam np. mąkę kokosową, za którą masa osób kompletnie nieświadoma płaci krocie. Podobna kwestia jest np. z błonnikiem, który myślę, że duża część kupujących go osób mogłaby szukać po prostu w tym co jedzą, a nie po najprostszej linii oporu, nie zmieniając nawyków i ratując swoje jelita dosypując "specjalny" błonnik. Było wielu klientów, którzy pytali "Hmm, a coś z błonnikiem, na zaparcia?", a gdy tylko wspominałam o produktach z jego dużą naturalnie ilością - siemię w różnych formach, pestki dyni, suszone śliwki etc, większość z nich wykrzywiało usta w grymasie mówiąc, że to nie jest błonnik i oni chcą tylko taki jak w aptece, czego zaoferować nie mogę.

3. Ludzie

Temat rzeka. Naprawdę mogłabym opowiadać godzinami o tym jak czasem nie mogłam się nadziwić szczególnie absurdalności chwil i głupocie. O ile absolutnie nie uważam, że jakąkolwiek złą rzeczą jest gdy klient przekręca nazwy, o wszystko pyta - co, na co, czy on może jeśli ma..., tak nie mogę znieść po prostu złośliwości i najgorszego - braku myślenia. Z takich skrajnych przypadków trafiła mi się np. kobieta ostentacyjnie obrażająca się o to, że proponuję jej koszyk do noszenia rzeczy po sklepie, żeby było nam obu wygodniej; pan, który wyśmiał nasz asortyment i wmawiał mi podnosząc głos, że pracuję w sklepie zielarskim, więc on nie rozumie dlaczego ja tutaj nie mam ziół, których on szuka; znawcy sugerujący, że sklep jest póki co niewiele wart, bo nie ma tu próbek chleba, a przecież on może im zaszkodzić. Czy choćby pani, która sugerowała mi nieziemskie niekompetencje, ponieważ byłam zdziwiona, gdy powiedziała, że guma ksantanowa to ksylitol, a ja nie widziałam powodów by się zgodzić, mając doświadczenie z zagęszczaniem nią kremów... Niektórzy strasznie szybko lubią wyciągać wnioski, nie myśląc czy doczytali, czy w ogóle mają pojęcie o czym mówią.

"Ja mogę tylko bezglutenowe produkty. A to w zwykłych płatkach owsianych jest gluten?!"

Sprawa z klientami jest ogólnie bardzo ciekawa, bo towar jest specyficzny. Ludzie, którzy przychodzą, są podzieleni głównie na dwie grupy: tych, którzy wchodzą i absolutnie o nic nie pytają, bo towar jest im doskonale znany oraz tych, którzy często wiedzą np. tylko urywki, że mają jeść produkty bezglutenowe, ale niespecjalnie wiedzą czemu, nie interesują się jak na dziś wyglądają badania nad glutenem (czy powinni go unikać w rodzinie tylko oni, czy może profilaktycznie wszyscy?), a czasem, już w mega skrajnych przypadkach, nawet nie wiedzą jakie zboża są w prawdziwej czołówce glutenowej. Ale dzięki nim tak naprawdę czułam misję i mogłam czasem duuuużo poopowiadać, szczególnie, że akurat kwestia glutenu była na moich studiach bardzo rozwinięta dzięki wykładom świetnej Profesor. Także pod względem mojej nauczycielskiej strony, czułam się czasem absolutnie spełniona i mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdziłam nieprawdziwymi informacjami;)

4. Alergie i nietolerancje

Miałam okazję przekonać się jak porażająca liczba osób, a przede wszystkim dzieci, faktycznie ma utrudnione przez nie życie i to była bardzo ciekawa praktyczna lekcja tego o czym się uczę i co czytam.

Raz przyszła starsza pani z wnuczkiem i bardzo przezornie wybierała dla niego zakupy, a gdy wychodzili, mały zaczął mówić

"Babciu, babciu, weźmy jeszcze morele. Ja Ci przyrzekam, nie jestem na nie uczulony. Naprawdę!!!".

I nie był to niestety jedyny przypadek, a wręcz jeden z lżejszym pod tym kątem. Wśród moich klientów było kilka osób, które nie mogły dla siebie znaleźć zupełnie nic. Mimo mojej pomocy i znajomości przeze mnie towaru na tyle, żeby wykluczyć składniki dla nich niekorzystne, znalezienie mostu było naprawdę baaardzo trudne a czasem niemożliwe. Częstotliwość tych przypadków (pomijając oczywiście osoby unikające czegoś z braku przekonania do produktu a nie z powodu nietolerancji przez ich organizm) daje naprawdę ciekawy obraz tego w jaką stronę idzie nasza ewolucja i jak ważne byłoby żeby zapoznać się z jak największą liczbą naturalnych możliwości, by zrobić wszystko, żeby nasze dzieci były na takie utrudnienia możliwie jak najmniej narażone.

Z drugiej jednak strony, jest w tej sytuacji pocieszenie - coraz więcej osób unika pewnych produktów, bo badania potwierdziły w ich przypadku, co faktycznie im szkodzi. Jeżeli się badamy to już samo to jest plusem, a na dodatek moim zdaniem sytuacja wzrostu takich przypadków jest całkowicie naturalna. Myślę, że można by się spokojnie pokusić o stwierdzenie, że wybuch tych wszystkich "wymysłów" w formie licznych nietolerancji nie jest w tak dużej mierze jak lubimy dziś mówić, efektem zmian w tym jak wygodnie i sterylnie zaczęliśmy żyć, a istniał przecież także dużo wcześniej (choć prawdopodobnie w dużo mniejszej ilości, bo warunki życia, odżywianie i tryb oczywiście się zmieniły) tylko nie byliśmy aż tak bardzo świadomi wpływu pokarmu na nasz organizm i nie badaliśmy się pod tym kątem tak dokładnie, jak możemy to zrobić dziś. Zupełnie tak samo jak w przypadku "podwójnej nerki", która dziś wydaje się niektórym czymś WOW, a występowała również kiedyś, tylko diagnostyka nie była na aż tak szeroką skalę.

5. Brak zdrowego rozsądku

To też problem, który zauważyłam. Nic innego jak termin ORTOREKSJA nie pojawiało mi się w głowie gdy podczas zakupów, niektórzy rodzice z dziećmi odmawiali im absolutnie wszystkiego, nawet gdy dzieciaki proponowały już naprawdę bardzo kompromisowe produkty i nie musiały unikać jakiś konkretnych składników.

 Albo sami dorośli, którzy mówili "Hmm, zjadłabym to ALE..." i z uzasadnienia rozumiałam, że przeciwwskazań jako takich w sumie nie ma, ale osoba unika wszystkiego co popularnie złe na co dzień, a gdyby sobie pozwoliła jednak na tę jedną rzecz (i biorąc pod uwagę ten sklep raczej możecie sobie wyobrazić, że produkty w kwestii "niezdrowości" były okrojone maksymalnie) to czułaby na sobie piętno innych fanatycznych ekoludków.

Nie było ideału - bez glutenu, bez laktozy, bez jaj, bez drożdży, bez cukru (najlepiej w tabelce w rubryce węglowodany żeby było 0, bo dla niektórych jest to świadectwem na brak dosładzania...).  "Bo słyszałam, że tak jest zdrowo."

 Troska o zdrowie od strony pokarmu to strasznie ważna sprawa, szczególnie w czasach gdy odkrywamy, że tak naprawdę dietetyka to nie wyłącznie "JEDZ OWOCE I WARZYWA. BĘDZIESZ ZDROWY" i mamy już jakieś pojęcie o tym, że tak naprawdę każdy powinien mieć dietę całkowicie pod siebie i swój genotyp, dostosowaną do tego, co przyswaja najlepiej, a co mu, mimo pozornej sławy, wcale nie daje korzyści. Ale przecież nie można zwariować i czasem, jeśli nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, wyjątek raczej nie zrujnuje nam życia...

6. Sklep z żywnością ekologiczną? 
Tu nic nie kupimy.

Oh, to fantastyczna i ogromna grupa osób, które na sam widok takiego napisu dostawały dziwnych drgawek w mięśniach nóg i zapalała im się lampeczka UCIEKAJ!!!!!

Największą wadą tych sklepów (z czym się całkiem zgadzam) są ceny produktów. Czasem to naprawdę kosmos, ale z drugiej strony... Przypomina mi się w podobnych chwilach fragment tekstu Hansa pt. "ZłoTo":

" Zło to pretekst by też być złym, bo zło jest wszędzie"

No i tym sposobem krytykując sklepy, jak ten, w którym pracowałam, nie sprawdzając nawet zaopatrzenia, pozwalamy sobie na myślenie, że w zasadzie to nic już nie zmienimy, bo by być zdrowym musielibyśmy okropnie dużo płacić, więc cała odpowiedzialność spada na CENY, a nie na to, że nawet nie chcemy zerknąć i w razie czego pokombinować, bo może istnieje opcja by jeść bardziej zdrowo i wcale nie trzeba korzystać konkretnie z produktów z tego sklepu.

Przynajmniej ja jako ekspedientka nie naskakiwałam z kłami na klientów, którzy przyszli z ciekawości pooglądać co tam w ogóle sprzedajemy, a gdy wychodzili z pustymi rękami, nie zabijałam ich laserem z moich oczu. Ba, nawet uśmiechałam się tak samo serdecznie jak do wszystkich innych klientów i myślę, że w większości sklepów jest podobnie normalnie:)

 Żałuję i wiem, że będę się starała jak najbardziej otwierać oczy na to, że zaopatrywanie się w takich sklepach wcale nam nic nie gwarantuje. Co dla mnie samej było zabawne, to np. miałam masę klientów strasznie obnoszących się ze swoimi pseudozdrowymi nawykami i krzywiących się na widok jakiś produktów mniej kompromisowych, którzy po zakupach zgodnych ze wszystkimi aktualnymi trendami w żywieniu , szli zapalić papierosa obok mojego okna...

 7. Czy uważam, że produkty eko i generalnie tak zwana "zdrowa żywność" są coraz bardziej potrzebne?

Wrażenie na studiach, na genetyce zrobiły na mnie proporcje tego, co odpowiada za powstawanie chorób w naszym życiu. Wcześniej byłam nieco bardziej sceptyczna, ale aż 80% to dieta i styl życia. Reszta to geny i jasne, z nimi nie wygramy, ale małe decyzje dotyczące najbardziej prymitywnej czynności, pierwszej potrzeby, którą mamy - zdobywania pokarmu, na pewno nam nie zaszkodzą, jeżeli będą podejmowane bardziej z głową. A co najważniejsze - bez powielania niewiedzy czy braku zainteresowania tym tematem wyniesionej z domu. Szczególnie dziś gdy możliwe jest dopasowanie diety konkretnie pod nasz unikalny genotyp.

Tu znów przytoczenie. Przypomina mi się dowcip (z czasów gdy istniały jeszcze dowcipy, a nie tylko suchary:D):

Mały chłopiec pyta brata:
- Czemu smażysz mięso na tak małej patelni, przez którą musisz robić to w kilku partiach?
Brat odpowiedział, że w sumie to nigdy się nie zastanawiał i używa jej, dlatego, że ich mama zawsze tak robi. Chłopiec poszedł więc do mamy i zapytał, czemu ona robi to samo i czy nie byłoby prościej używać do tego większej patelni. Mama odpowiedziała to samo co brat, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiała. Robiła tak, dlatego, że takiej samej patelni używa Babcia. Zrezygnowany logiką swojej rodziny chłopiec poszedł więc do babci. Ta zdziwiona powiedziała "Ależ oczywiście, że masz rację! Gdybym tylko kiedyś miała taką dużą patelnię, o której mówisz...".

8. Żeby nie było tak pesymistycznie...

Spotkałam kilka naprawdę pokręconych osób, a szczególnie facetów. Najbardziej utkwił mi w pamięci pan, który nie wszedł do sklepu, a przechodząc czytał napisy na szybach na głos i skrzywiony powiedział do żony PRODUKTY POGAŃSKIE??? Być może - pomyślałam wtedy - bezpieczniej byłoby mieć w sklepie jakiś malutki kącik z zastawą religijną, żeby obok WEGAŃSKIE był malutki napis DEWOCJONALIA, co mogłoby uspokajać takie myśli i nakręcać biznes...

Klienci naprawdę bywali pomysłowi. O moją rozrywkę dbano pytając m.in. o:

- ekologiczne środki na potencję (nazywane romantycznie środkami "na miłość")

- ekologiczne płaszcze przeciwdeszczowe

- olej z marychy (ale w żadnym razie nie z marihuany!)

- kuskusumę (to było naprawdę wyzwanie, bo klient powiedział, że nie chodzi mu ani o kurkumę, ani o kuskus:D)

Żeby nie było nie fair wobec moich klientów, mi też zdarzały się niedociągnięcia. Szczególnie na początku, gdy niektóre produkty były mi średnio znane w temacie odżywiania i o których musiałam sobie doczytać, żeby nie tylko mój fartuszek sugerował o tym, że mam jakieś pojęcie o tym, co sprzedaję:)

A tak na poważnie... Co z tego wyniosłam?

  • przede wszystkim duużą wiedzę na temat produktów naturalnych (szczególnie miodów za którymi smakowo niespecjalnie przepadam), a do których się przekonałam, ze względu na zachodzący za moją zgodą proces ich indoktrynacji.
  • mniej ufam obrazowi, który budują przede mną obcy ludzie. Wcześniej byłam trochę bardziej otwarta i ufna, ale rozsądniej byłoby jednak pamiętać, że mało jest osób jednolicie szczerych i raczej większość to twory wielościenne, a to, z której strony je poznamy, zależy tylko o warunków w jakich się znajdziemy w danej chwili. Przesadna podejrzliwość na pewno nie ułatwi życia, ale zdrowe wyznaczenie większego obszaru na gimnastykę osób, które chcą zdobyć nasze zaufanie, raczej nie zaszkodzi:)
  • wyniosłam duuużo uśmiechów i pochwał i to mnie cieszyło najbardziej. Znalazłam fajne miejsce, gdzie mimo, że nie wszystko wychodziło mi od razu idealnie, nikt nie robił mi z tego powodu strasznych problemów, a ja mogłam odwdzięczyć się lojalnością.
  • najważniejsza dla mnie kwestia to jednak to, że zdobyłam pewne zaplecze(albo wzmocniłam system immunologiczny jak kto woli) i teraz, gdy spotkałabym się z jakimś średniosympatycznym i nieuzasadnionym potraktowaniem mnie, co tam miało miejsce w zależności od osób, to mogę sobie pomyśleć HEEJ, ZNOSIŁAŚ DZIELNIE WIĘKSZE MARUDY! lub po prostu przypomnieć sobie słowa mojego klienta, z prawdziwym szaleństwem w oczach, który mawiał do mnie jak mantrę BEZ EMOCJI, BEZ POŚPIECHU, PAMIĘTAJĄC O UŚMIECHU. To małe rzeczy, ale dla ludzi z tak rozwiniętym elementem analizy jak ja, kosmicznie przydatne praktyki:)

A gdzie Wy pracowaliście i czy było coś charakterystycznego, czego mogliście się dzięki tej pracy nauczyć?:)

niedziela, 18 września 2016

Zaprawa, erudycja czy rozpuszczanie?

Witajcie!

Korzystając z okazji, że akurat spędzam w domu jeszcze jakiś czas, postanowiłam obdarzyć moje włosy większymi względami. Zdarzało mi się przez ostatnie miesiące olejować czy nakładać Biovaxa, więc uznałam, że teraz czas na jakiś prawdziwy konkret. Zapraszam do czytania!

Co zrobiłam?

Dokładnie umyłam całe włosy szamponem YEGO z dodaną do niego kawą, żeby jednocześnie zrobić peeling skalpu. Potem na długość położyłam mieszankę Biovaxa do włosów suchych i zniszczonych z dodatkiem oleju kokosowego i spiruliny. Rybkowy zapach zniosłam jak zawsze dzielnie, prawie nie zwracając uwagi na myśl by dodać trochę kakao:D 

Efekty:


Włosy są nieziemsko gładkie, dociążone (bałam się, że przesadziłam z ilością oleju, ale na szczęście nie), nie ma mowy o puchu czy jakimkolwiek plątaniu, nawet gdy w ciągu dnia nosiłam je w dość artystycznym koku:D Muszę częściej używać spiruliny. Ten rok jest tak szalony, że zapomniałam o swoich własnych włosowych faworytach. To samo stało się z peelingiem, który ostatnio robiłam dokładnie chyba 102 lata temu... Na szczęście robiłam ostatnio na blogu małe porządki i poprzypominałam sobie, co dawało najlepsze efekty:) 

Kawa zawsze kosmicznie nabłyszcza mi włosy, a skóra głowy jest wyraźnie oczyszczona, co szczególnie widać po świetnym odbiciu włosów u nasady. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło.

 BLAAAAAAAAAAAAAAAAAAAASK!


Chcąc wstawić tu jakiś utwór, chyba odpowiedni jest tylko jeden...

 

PS: Zdjęcia z mojego pokoju nr.1 były wstawiane tak dawno, że dopiero teraz możecie zauważyć zmianę koloru ścian:D Pod tym fioletem kryje się moja wieloletnia zielona siedziba.


czwartek, 15 września 2016

Aktualizacja sierpień + podsumowanie wakacji

Witajcie!

Ogłaszam, że przybyłam i choć moje pole magnetyczne słabnie, to postaram się wskrzesić w sobie maksimum energii w tym poście! Tak jak wspominałam jakiś czas temu, moje wakacje kręciły się głównie wokół pracy i rynku obrotu nieruchomościami, a włosy były na dalszym planie. Nie można jednak powiedzieć, że były skrajnie zaniedbywane. Przez specyfikę mojej nowej łazienki, zrezygnowałam ze stosowanej od ponad roku z powodzeniem METODY OPISANEJ TUTAJ i poszerzyłam nudne grono "normalnych", dzięki czemu chociaż w teorii mogę powiedzieć, że tak wiele zrobiłam myjąc włosy TAAAK często w porównaniu z dotychczas. No... przynajmniej wzbudziłabym entuzjazm wśród statystyk w telewizji śniadaniowej, gdzie badane grupy są zbyt rzadko jawne:D

Włosy na teraz:



 Pod względem stanu, włosy po sierpniowym (dość drastycznym jak na mnie) podcięciu, są naprawdę super. Przez większość czasu i tak były upięte w kok albo przybierały formę pracowniczego warkocza, żeby potem falować jak powyżej, stąd uważam, że miały niewiele możliwości do tego, żeby jakoś ucierpieć. No może oprócz tych nieszczęsnych częstszych myć, ale do nich powinnam się chyba przyzwyczaić na jakiś najbliższy czas. Mimo upałów i momentami okropnego Słońca, nie było mowy o przesuszeniu długości. Ze skalpem wszystko było bardziej skomplikowane, ale o tym opowiem Wam w którymś z następnych postów, gdzie opiszę genialną metodę na zwiększenie objętości i znaczne przedłużenie świeżości:)

Najważniejszy był w tym czasie dla mnie powrót do olejowania i wzmocnienie ochrony przeciwsłonecznej włosów dzięki olejowi kokosowemu. Skorzystało na tym także moje ciało, co jest tym fajniejsze!

Przez ostatni czas używałam:

szampony: Babydream, YEGO
odżywki: Isana Professional Oil Care, Gliss Kur różowy
oleje: kokosowy
maski: Biovax do włosów suchych i zniszczonych, ohydna pod względem zapachu Placenta w objętości niedającej się wykończyć:D

Czyli w kwestii włosowej to chyba na tyle... Generalnie jestem bardzo zadowolona. Włosy spełniały swoją rolę - nie miałam z nimi zbyt wielkich problemów i dawały mi satysfakcję, gdy była potrzebna. 

Ale! Oprócz tego zdarzyło mi się kilka innych rzeczy:

  •  trafiłam na trzy robiące na mnie duuuuże wrażenie wśród innych filmy, co uwierzcie, jest w moim przypadku naprawdę ciężkie, bo lubię gdy sztuka coś wnosi a przy tym jest klimatyczna:
www.filmweb.pl

Strasznie podoba mi się forma dokumentów o Janis czy Amy. Sięgnięcie po opinie najbliższych a nie przedstawianie życia gwiazdy jako po prostu filmowej historii jest w sumie chyba najprostszą drogą do prawdy na temat danej osoby. Tak prostą, że aż dziwne, że powstało tak wiele "typowych" biografii.



"Stowarzyszenie umarłych poetów" to naprawdę zagadkowa pozycja i w sumie kolejna, która się tak bardzo pokrywa z moimi ideami, a trafiłam na nią zupełnie przypadkiem i bez większych nadziei. Patrząc na moją ścieżkę edukacji, było kilka osób, które mogłabym częściowo nazwać swoimi Kapitanami, bo potrafili mimo bycia pozycją wyżej niż ja jako uczeń, przekazać mi jakieś potężne wartości i otworzyć oczy na pewne sprawy, z czego korzystam do dziś i nie mam zamiaru panować nad moimi zachwytami nad małymi rzeczami, pozostawiając je na wielkie odkrycia. Mam nadzieję, że nie byli ostatnimi tego typu osobami na mojej drodze. A Wy umieliście zobaczyć w kimś chociaż częściowo cechy mądrego Kapitana?:))



AAAAAA! "Przebudzenia" to film polecony kiedyś na wykładzie przez jednego (a właściwie jedną) z moich Kapitanów. Zwlekałam z obejrzeniem, żeby najpierw móc trochę zapoznać się z historiami Sacksa na papierze (a w sumie, nad czym ubolewam, czytniku). Strasznie uroczy, delikatny i bardzo klimatyczny film.

  •  przeczytałam świetne książki, a przede wszystkim:

 Cudowna książka i z całą powagą, mając od tego roku już nie naście lat, jestem zachwycona. Przeczytałam już kilka części i wiekowo jestem z Anią na równi, więc robi się coraz ciekawiej. Wyobraźnia głównej bohaterki ANI TROCHĘ mi mnie nie przypomina:D


 Kolejna pozycja polecona mi na wykładzie i kolejny zachwyt. Forma książki i w ogóle tematyka strasznie dla mnie ciekawa. Jednak z książkami gdzie jest wiele historii albo informacji, które nazywam "fascynującymi" i uważam za warte zapamiętania, postępuję tak samo - czytam częściami, żeby pochłonięty materiał zbyt szybko nie wyparował mi z głowy. A przy moim zwyczaju, że najlepiej zapamiętuję to, co mam okazję komuś przekazać i nad czym muszę się nagimnastykować, żeby druga osoba na pewno zrozumiała kwestię, o której mówię i do której dodaję też coś spoza książki, co wiem, jest to jeszcze trudniejszy i wolniejszy proces:D


Tu chyba już nawet nie będę się rozpisywać. Dla mnie opowiadania Hłaski to mistrzostwo pod względem budowy historii i przemyśleń. Jak niewielu potrafi ubrać moje myśli w słowa tak dobrze, a jednocześnie wciąż mnie czymś zaskoczyć.



W sumie bardzo fajna, w moim języku można powiedzieć "nadziejna" pozycja, żeby mieć świeższe spojrzenie na Kościół, a już na pewno powinna być obowiązkową lekturą dla osób, które wierzą nie widzą żadnego mostu między postępami a teoriami kościelnymi. Wiara jest chyba pod tym względem zupełnie jak medycyna. Żeby wszystko działało jak najlepiej i wciąż było ulepszane, nie można opierać się tylko na klasyce i trzeba pozwalać na dojście do głosu także innym metodom, jeżeli okazują się skuteczne i w efekcie może dojść do synergii.

  • kolejna, już lżejsza myśl ostatnich miesięcy - to moje pierwsze wakacje, gdy ani razu nie założyłam trampek. Czy to się nazywa dorastanie?:D
 
 A Wam jak minął ten czas?:))


W najbliższym czasie zapraszam Was na dwa zaplanowane już posty m.in. o tym, jak stałam się profesjonalistką w kwestii "CO NA ZAPARCIA?" i co pozwalało mi na idealnie świeże włosy przez trzy dni! Dziwna zapowiedź - odznaczona. Do usłyszenia!











poniedziałek, 18 lipca 2016

"Potrzebne są zmiany, konieczne są zmiany..." - co z tego wyszło czyli lipcowa aktualizacja!

Witajcie!


To wcaale nie tak, że sprawdzając dziś własną cierpliwość i gotując zupę buraczkową nagle wpadło mi do głowy, że to już chyba dobry czas na podzielenie się z Wami dobrą nowiną i zostawienie garnka w samotności, bo da sobie radę... Post istniał w mojej głowie około dwóch tygodni, więc nie jest źle! Od ostatniego wpisu trochę się zmieniło. Począwszy od ostatecznych ustaleń co do moich planów edukacyjnych i bycia zarówno prekursorem nowego nurtu i dezerterem w jednym, poprzez włosy dochodząc do najzabawniejszej kwestii - zamieszkania solo i podjęcia niemniej zabawnej pracy. Oczywiście ze względu na tematykę bloga, nie będę Wam opowiadać za dużo o moich kuchennych poczynaniach czy osobistym wojsku. Bez obaw!

Co się stało?

Zapowiadałam już w maju (co wypominało mi już kilkoro znajomych na żywo) że miała być jakaś rewolucja, a tu cisza, spokój. Potem jeszcze gorzej - nowy post, włosy 103 cm. Przecież nie na to czekaliście! I w rzeczy samej, ja też nie na to czekałam. Szczególne wsparcie w tej kwestii okazywał mi jeden imigrant z Południa, który absolutnie nie rozumiał co cieszy mnie w długości moich włosów jeżeli nie są dla mnie wygodne w tak wielu normalnych sytuacjach jak choćby przejazdy komunikacją. Starałam się przymykać oko, nawet dwa, ale konflikt narastał i nawet pokonanie progu DŁUGOŚĆ KLASYCZNA nie było dobrym pocieszeniem. Wciąż czułam:

Potrzebne są zmiany!
Konieczne są zmiany!
Bo jeśli nic się nie zmieni
Może nadejść dzień rebelii

i...

- - - - - CIACCIACH - - - - - -

Poprosiłam moją niezastąpioną fryzjerkę o podcięcie mi kilku centymetrów. Standardowo odnosiłyśmy się do długości mojego palca wskazującego - 8cm (Wy też używacie palców jako miarek czy jestem jedyna?:D). Było mi i tak mało, chciałam więcej, więc podcięłyśmy jeszcze ok. 3-4 cm. Końce były, jak zawsze po takich podcięciach, kosmicznie gładkie, więc chciałam skrócić je jeszcze bardziej i bardziej - w końcu i tak odrosną - ale dostałam odpowiedź, żeby może lepiej przystopować. Osoba, która całe moje życie namawia mnie na to, żeby mieć jak najkrótsze włosy, powstrzymała mnie przed utratą jeszcze większej części włosów. Wyczuwam w tym duży wpływ moich sąsiadek lub ich gotówki...

Zupa spokojnie się gotowała, a ten post stanął pod wielkim znakiem zapytania. Zdjęcia robione wszystkim co przy sobie akurat mam nie spełniały nawet najniższych standardów, ale ostatecznie pokażę Wam po prostu włosy z przodu, bo tylko tak zdjęcia nadają się do publikacji:D Wybaczcie mi uśmiech, ale robienie tych zdjęć było naprawdę tak irytująco-zabawne, że stwierdziłam, że nie będę przycinać:D




Poza czarodziejki, różdżka niestety nie załapała się na zdjęcie. Gwiazdkowy koc absolutnie nadaje magicznego klimatu:D

Tak jak widać kolor moich włosów bez zmian, nadal bliżej nieokreślony, w pełnym słońcu bardzo rudo-brązowy. Końce są w stanie praktycznie idealnym, co niekoniecznie widać na zdjęciach powyżej, ale na pewno widać tu:


Podsumowując temat włosów - jest super. Długość po podcięciu jest nieznana w cm, ale sięgają do kości ogonowej, więc w zasadzie to trochę zabawne. Podcięłam dość dużo a zostałam na etapie, do którego dochodzenie trwa i tak baardzo długo:D Choć równocześnie było to pierwsze podcięcie, po którym nie czułam się "łysa". To znak, że robi się niebezpiecznie...

Jakie mam plany włosowe?


Ze względu na moją pracę, postanowiłam się przeprosić z olejem kokosowym (ciekawe czy ktoś zgadnie gdzie pracuję:D). Póki co przeżywam swoje pierwsze wolne dni, a włosy czeka jutro olejowanie. Na szczęście pracowniczy warkocz albo kok nie narażają ich na uszczerbek, więc mogę póki co cieszyć się nadal decyzją o podcięciu i tym jak wygodnie mi w obecnej długości. Nie wspominając o ich lekkości i tym, że duuuużo zyskały na gładkości.


Co oprócz włosów?


Nie byłoby pewnie tego posta bez muzyki, tak jak nie byłoby i mnie, choć wciąż męczę to samo. Ze względu na porę letnią do Amy dołączyła znów Janis. Warto byłoby też pewnie wspomnieć o:




nigdy jej nie słuchałam, ale ten koncert strasznie mi się spodobał:)


Jak u mnie Janis, to nie może zabraknąć też jej. Kosmos i pierwszy raz naprawdę podoba mi się ktoś kto głosem przypomina mi inną osobę, a jednak umie to zrobić na swój sposób. To miła odmiana po mojej obrażonej i pełnej niezrozumienia muzyków minie kilka lat temu na koncercie Oberschlesien, gdy ludzie topili się ze szczęścia, że mamy "polski rammstein", a ja widziałam i słyszałam to całe widowisko w oryginale kilka lat wcześniej...

Oprócz muzyki zostałam też, w zasadzie nie z własnej winy, chyba najbardziej spragnioną czytelniczką książek Jerzego Zięby:D Póki co jednak pierwszeństwo ma moje największe zaskoczenie - "Piękni dwudziestoletni" Marka Hłasko, które tylko potwierdza, że prawdopodobnie w normalnej rozmowie oboje byśmy się dobrze bawili a już na pewno świetnie rozumieli.

Kuchenne poczynania zakończyłam, więc i z postem wypadałoby coś zrobić, żeby nie tracić dnia. Bez obietnic tym razem, że przybędę w jakiś konkretny termin - prościej będzie tego tak dotrzymać, bo przybyć zamierzam.


A co u Was?:))