niedziela, 13 listopada 2016

Czy warto być normalnym? Eksperymentalny miesiąc

Witajcie!

Miniony miesiąc był jednym wielkim eksperymentem. Oprócz badania własnego męstwa, obiektem badań stały się także moje włosy. Tak jak wspominałam w AKTUALIZACJI Z WRZEŚNIA musiałam przez okoliczności zmienić nawyki.

Pamiętacie, kiedyś miałam dwa fioletowe dready, w ostatnich dwóch latach jednego dłuuugiego, zrobiłam dreada z włosów Babci, nosiłam warkocz częściej niż przewiduje ustawa, a długość mojej grzywki dodawała mi poszanowania w nocne spacery po cmentarzu. To wszystko uległo zmianie, którą zainicjowało właściwie pożegnanie się z dreadem w kwietniu, a "uwieńczeniem" tego były dwie decyzje - podcięcie włosów w inny kształt i ostatecznie smutny ad fontes i powrót do mycia całych włosów co dwa dni.


Jak to zniosłam w praktyce?


Nie ukrywam, było ciężko z drugą kwestią. Twardą wodę można jakoś zaakceptować, ale nie jest łatwo pogodzić się ze stratą wygodnej umywalki. Bolało już w wakacje, ale okazało się, że to dopiero początki cierpień. Miałam obawy związane z wizją przedłużenia takich praktyk i wiecie co?


TO STRASZNIE ŚMIESZNE!

Okazało się, że normalność w świecie włosów, przenosząca mnie znów w kategorię włosomaniaczki (jednak bliskiej podłoża) okazuje się całkiem znośna, a nawet przyjemna i rozwojowa! 

Co się zmieniło?

  • co mycie chcąc nie chcąc wzbudzam w sobie odpowiednio wyrzuty sumienia, żeby jednak nałożyć maskę choć na chwilę. Będzie tak dopóki nie wpadnę gdzieś na odżywki Mrs. Potters i nie będę używać ich na zmianę z szamponem
  •  dłużej czekam aż wyschną mi włosy, ale przynajmniej jako wciąż w tych kwestiach binarna i bezsuszarkowa głowa, pilnuję by włosy myć wieczorem i nie kuszę losu wychodząc w niedosuszonymi, szczególnie w już trochę zamarzające teraaz
  •  wychodzę z założenia, że jeśli moje włosy w końcu się zbuntują i zobaczę, że tak często kontakt z szamponem (mimo, że Babydream, więc AAAA, MOŻNA DROGERYJNIE I DELIKATNIEJ???) po prostu je podetnę, co przy tej długości jest dla mnie perspektywą mniej smutną za każdym razem gdy widzę nożyczki:D
  • przez podcięcie włosy łatwiej mi się falują i wygląda to moim zdaniem fajnie, najbardziej po bokach gdzie nabrały największej lekkości:)

Sami zerknijcie:
 
 
 
Zatem czy warto być normalnym?

Wewnętrzny ochroniarz słusznie buntuje się na przytaknięcie, bo nie wie, że mam na myśli kwestie włosowe. Na pewno nie taka normalność niewłosomaniacza straszna, jak ją malują wyobraźnie włosomaniaczek! Budowanie skomplikowanych i czasem nad wyraz złożonych konstrukcji motywuje do zachowania typowej normalności chociaż w kwestiach włosowych, więc oceniam, że jest dobrze i spokojnie poczekam czy pokaże się jakiś sygnał do zmian!


A jak Wy czujecie się z Waszą obecną pielęgnacją włosów?:)

poniedziałek, 31 października 2016

Łapu capu, golf i koniec ery Karola Krawczyka - aktualizacja październik 2016


Witajcie!

Minęło dni mało-wiele* zatem nadchodzę! Chciałabym powiedzieć, że już wszystko ogarnęłam i świecę, ale zawsze znajduje się kolejne coś, co wymaga jeszcze doglądania, więc chyba taki mój los do końca tego roku:D Włosowo myślę, że ewolucja stąd nie przeciągam i przejdźmy już do rzeczy!

Moje włosy w sierpniu/wrześniu (malutkie przypomnienie):


dzisiaj:


Podcięłam włosy i to chyba kolejny raz dość radykalnie w porównaniu z tym, co robiłam wcześniej. Poszło ok. 12cm. Przez czas rozpoczęcia roku akademickiego włosy zaczęły mi dość mocno wypadać, ubrania były cieplejsze, bo pokrywała je druga warstwa, a na dodatek przyłożyłam się do ogrzewania podłogowego jako inicjator akcji ZRÓBMY SOBIE DYWAN. Jak widzicie, było więc kilka powodów, dla których warto było przemyśleć decyzję o jakiejś zmianie.

Co zrobiłam?

Oprócz podcięcia zmieniłam kształt włosów (co niekoniecznie widać na zdjęciu powyżej). Odeszłam od cięcia w to klasyczne, prawie niewidzialne U i co w ogóle jest naprawdę przełomem - ruszyłam włosy należące do świętej strefy grzywki! Jeśli pamiętacie TEN WPIS  pewnie możecie sobie wyobrazić, jak długa była nieruszana od dnia tamtego zdjęcia (przeganiając długością nawet resztę włosów gdy była puszczona prosto).

NA MARGINESIE:
Ostatnio wspominałam, że chyba dorastanie, bo wakacje bez trampek. Dziś zmiana - dorastanie, bo coraz odważniejsze w sprawach innych niż moralne, odejścia od systemu binarnego.
Ktoś zaprzeczy?;)

Co jeszcze?

Obecnie mam wspaniałe warunki do mycia włosów i naprawdę jest to dla mnie przyjemnością. Co prawda porzuciłam przez nie metodę mycia w warkoczu, ale za to powróciły dawne praktyki - co mycie maska (choć na max. 5 minut) w trakcie kąpieli, a także zabezpieczanie "jedwabiem", czego nie robiłam od wakacji (smutek mnie ogarnął widząc alcohol denat. w składzie dawniej ulubionego serum natura silk z Joanny. Dokąd zmierza ten świat???).

Co się zmieniło?

Końce są wspaniale gładkie, gęstsze w warkoczu, kucyku, a całe włosy ogólnie układają się łatwiej przez cięcie - co zresztą widzicie na zdjęciu. Widoczna tam tęsknota za falami nie powstała w wyniku mojej ingerencji co mnie bardzo cieszy.

A co niewłosowo?


Przede wszystkim...
  • nareszcie mam czas na czytanieee! Nadrabiam życie wciągając kolejne dzieła Hłasko (Marku, przepraszam, nie znoszę tego odmieniać) przeplatane z literaturą "fachową" i tą bardziej nawracającą
  •  przegapiłam dokładnie trzy koncerty, na które chciałam pójść od zeszłego roku. Tego jednak lepiej nie komentować, bo wyjdzie, że żałoba w 2010 przez Sonisphere była niczym...
  • zaczęłam przypominać sobie plastyczność mojej kamiennej skóry i istnienie pneumy
  • otworzyłam oficjalny sezon na golfy, nie zapominając o ich znaczącej roli w moją zeszłoroczną jesień (Magda, kapelusz od kompletu prawie noszę!)


  • przestałam poprawiać sobie w tramwajach humor myślą, że motorniczym, którego twarzy nie widzę, jest Karol Krawczyk. Stało się tak po tym, gdy ostatnio ową twarz ujrzałam i okazała się nią Maria Peszek. Świat runął.
  • cały październik w kółko opierał się, w związku i bez związku, w zasadzie na:







    A teraz gość, którego nie było już dawno...



    A jak Wam minął październik?:)



    *kto kojarzy i luuuubi jak ja?:)))


    Z okazji jutra aż żałuję, że nie mogę pójść w pełni romantyzmu, ku Słońcu.

    piątek, 23 września 2016

    Zaparcie w celach i jelitach czyli prawdziwy obraz moich wakacji - słów kilka o pracy i rzecz jasna - CO NA TE ZAPARCIA???

    Witajcie!

    Bloger sprawdza moją kreatywność nie udostępniając mojego posta o powyższym tytule, dodanego wczoraj, dlatego zapraszam darzących mnie większym zaufaniem czytelników TUTAJ, bezpośrednio przechodząc do wpisu, a mniej ufni mogą się tam znaleźć klasycznie, przez wejście na główną stronę bloga, gdzie post znajduje się jako drugi na liście postów:) Pozdrawiam serdeczniee!

    bez senność

    czwartek, 22 września 2016

    Zaparcie w celach i jelitach czyli prawdziwy obraz moich wakacji - słów kilka o pracy i rzecz jasna - CO NA TE ZAPARCIA???

    Witajcie!

    Jak to miło móc być tak często i mieć Wam coś śmieszno - dziwnie - a być może ciekawego do opowiedzenia! O włosach już chyba wiemy trochę, więc dziś nie zajmę się żadnymi recenzjami (wszak mój blog jest w prawdziwej czołówce w kategorii RECENZJE KOSMETYKÓW), recepturami czy nawet z lekka ekscentrycznymi pomysłami na pielęgnację jak np. PRZESTAŁAM MYĆ WŁOSY DLA ICH DOBRA. Dziś trochę inaczej...
     
    Wspominałam Wam kilka razy, że te wakacje mijały mi w trochę nowych okolicznościach - zmieniłam miasto i zamieszkałam sama (Pi, naprawdę to słowo mnie boli!) porzucając moją ulubioną współlokatorkę na rzecz trzech współlokatorów; rozpoczęłam pracę i procedurę zmian odnośnie mojej szkolnej rzeczywistości (którymi zostałam momentami przygnieciona), na dodatek otoczenie postanowiło mnie aktywnie zmotywować do przeistoczenia się w kamienną Niobe. Na szczęście jakiś ostatni, najmniejszy palec u lewej ręki, wciąż spod głazu wystawał i poruszanie nim było inicjacją całego procesu, dzięki któremu ostatecznie do Was w ogóle piszę:) Najważniejszą zmianą w tym całym letnim czasie, wokół której wszystko się kręciło i na której się dziś skupimy, była moja praca.

    Gdzie pracowałam skoro uznaję, że warto by powstał o tym specjalny post?

    Czepiając się już szczegółów, myślę, że z moim usposobieniem, pracując nawet jako osoba filetująca ryby, dostrzegłabym w tym wiele filozoficznych myśli, istotnych obserwacji, teorii wyjaśniających dotychczas znane mi zjawiska i post by powstał... Na szczęście! Nie pracowałam jednak jako fileciarz(?). Swoja drogą krótka dygresja. Co rok jestem pod ogromnym wrażeniem elastyczności w użytku języka polskiego wśród naszych rodaków, którzy piszą ogłoszenia na portalach z ofertami pracy na wakacje. Moje ulubione to: "Zatrudnimy na stanowiska kelnerka, pomoc kuchenna, pizzerman, kebab". Im częściej trafiam na podobne ogłoszenia, szczególnie z moim ulubionym zwrotem DAM PRACĘ, tym bardziej chciałabym kiedyś spróbować jak to jest być kebabem. No chociaż przez wakacje!

    Wracając na ziemię okrzemek i powagi, spędziłam wakacje w miejscu, za które bym się dała pokroić rok temu - w sklepie, gdzie produkty trzeba po klientach odwracać nazwami do przodu, gdzie musisz być dla klienta pszczelarzem, zielarzem, piekarzem, dietetykiem, kucharzem, a często także spowiednikiem. Sklepie z żywnością ekologiczną. Co prawda, pierwiastek Marii Treben we mnie ucieszyłby się bardziej wtedy ze sklepu zielarskiego, ale na obecne współrzędne, na mojej mentalnej mapie, lepszego miejsca wymyślić sobie nie mogłam:)



    Co pochłaniało moją uwagę szczególnie 
    w tym wszystkim?

    1. Towar

    Zaczynam od najbardziej oczywistej rzeczy, choć według mnie nie najważniejszej spośród tego, co obserwowałam. Mimo tego, że staram się wiedzieć co wchłaniam, zauważyłam dopiero podczas pracy, że nadal jestem bardziej "wykształcona" w stronę wiedzy o nawykach, a nie ich faktycznym wprowadzaniu w zadowalającej mnie mierze. To postanowiłam powolutku zmieniać w ramach moich możliwości i starając się zachować racjonalizm (co też jest nieziemsko ważne). Inna sprawa to też fakt, że na minionym roku studiów szaleństwem byłoby szukanie czasu na głębsze analizy swojej diety i zaczytywanie się w pracach na ten temat, olewając chemię albo muzykowanie w środowisku R... Mimo ogromnych chęci.

    W pracy poznałam tak różne produkty, że czasem naprawdę byłam zaskoczona, że dostępne są tak wygodne rozwiązania jak np. woda kokosowa w proszku. Ile dzieci z alergią na kakao widujemy ze strąkami karobu w łapce? Kto z nas wie, że istnieje coś takiego jak duużo zdrowszy odpowiednik Coca Coli - Green Cola słodzona stewią i posiadająca naprawdę fajny skład w porównaniu z oryginałem albo kto pił sfermentowaną zieloną herbatę na wzmocnienie odporności i ogólną profilaktykę? A niewątpliwie warto byłoby spróbować!

    Inna sprawa to w ogóle świadomość tego na jakich produktach bazowych się opieramy - mąki, makarony, kasze itd. Wiele osób, które poznałam było zaskoczone, że jest tego aż taki wybór i że sklepy eko to nie tylko "zdrowe ciasteczka i nasiona".

    2. Nie ma drogi na skróty

    To też niestety prawda. Czasem po prostu nie da się znaleźć zdrowego odpowiednika tego na co mamy ochotę. Cukier w wielu przypadkach można zastąpić, ale czasem niemożliwym jest znalezienie czegoś, co sobie wymyśliliśmy. W kwestii mojej pracy, to oczywiście był czas wakacji i wiadomo, że ludzie nie wyjeżdżają z domu żeby siedzieć w kuchni i woleliby skorzystać z możliwych gotowców, ale czasem one póki co, są ciężko osiągalne albo brutalnie mówiąc, nie istnieją.

    Druga kwestia dotycząca skrótów (wynikających z ograniczonej wiedzy) to ceny niektórych towarów, które tak naprawdę możemy wykonać samemu w domu i zapłacić naprawdę duuużo mniej. Na myśli mam np. mąkę kokosową, za którą masa osób kompletnie nieświadoma płaci krocie. Podobna kwestia jest np. z błonnikiem, który myślę, że duża część kupujących go osób mogłaby szukać po prostu w tym co jedzą, a nie po najprostszej linii oporu, nie zmieniając nawyków i ratując swoje jelita dosypując "specjalny" błonnik. Było wielu klientów, którzy pytali "Hmm, a coś z błonnikiem, na zaparcia?", a gdy tylko wspominałam o produktach z jego dużą naturalnie ilością - siemię w różnych formach, pestki dyni, suszone śliwki etc, większość z nich wykrzywiało usta w grymasie mówiąc, że to nie jest błonnik i oni chcą tylko taki jak w aptece, czego zaoferować nie mogę.

    3. Ludzie

    Temat rzeka. Naprawdę mogłabym opowiadać godzinami o tym jak czasem nie mogłam się nadziwić szczególnie absurdalności chwil i głupocie. O ile absolutnie nie uważam, że jakąkolwiek złą rzeczą jest gdy klient przekręca nazwy, o wszystko pyta - co, na co, czy on może jeśli ma..., tak nie mogę znieść po prostu złośliwości i najgorszego - braku myślenia. Z takich skrajnych przypadków trafiła mi się np. kobieta ostentacyjnie obrażająca się o to, że proponuję jej koszyk do noszenia rzeczy po sklepie, żeby było nam obu wygodniej; pan, który wyśmiał nasz asortyment i wmawiał mi podnosząc głos, że pracuję w sklepie zielarskim, więc on nie rozumie dlaczego ja tutaj nie mam ziół, których on szuka; znawcy sugerujący, że sklep jest póki co niewiele wart, bo nie ma tu próbek chleba, a przecież on może im zaszkodzić. Czy choćby pani, która sugerowała mi nieziemskie niekompetencje, ponieważ byłam zdziwiona, gdy powiedziała, że guma ksantanowa to ksylitol, a ja nie widziałam powodów by się zgodzić, mając doświadczenie z zagęszczaniem nią kremów... Niektórzy strasznie szybko lubią wyciągać wnioski, nie myśląc czy doczytali, czy w ogóle mają pojęcie o czym mówią.

    "Ja mogę tylko bezglutenowe produkty. A to w zwykłych płatkach owsianych jest gluten?!"

    Sprawa z klientami jest ogólnie bardzo ciekawa, bo towar jest specyficzny. Ludzie, którzy przychodzą, są podzieleni głównie na dwie grupy: tych, którzy wchodzą i absolutnie o nic nie pytają, bo towar jest im doskonale znany oraz tych, którzy często wiedzą np. tylko urywki, że mają jeść produkty bezglutenowe, ale niespecjalnie wiedzą czemu, nie interesują się jak na dziś wyglądają badania nad glutenem (czy powinni go unikać w rodzinie tylko oni, czy może profilaktycznie wszyscy?), a czasem, już w mega skrajnych przypadkach, nawet nie wiedzą jakie zboża są w prawdziwej czołówce glutenowej. Ale dzięki nim tak naprawdę czułam misję i mogłam czasem duuuużo poopowiadać, szczególnie, że akurat kwestia glutenu była na moich studiach bardzo rozwinięta dzięki wykładom świetnej Profesor. Także pod względem mojej nauczycielskiej strony, czułam się czasem absolutnie spełniona i mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdziłam nieprawdziwymi informacjami;)

    4. Alergie i nietolerancje

    Miałam okazję przekonać się jak porażająca liczba osób, a przede wszystkim dzieci, faktycznie ma utrudnione przez nie życie i to była bardzo ciekawa praktyczna lekcja tego o czym się uczę i co czytam.

    Raz przyszła starsza pani z wnuczkiem i bardzo przezornie wybierała dla niego zakupy, a gdy wychodzili, mały zaczął mówić

    "Babciu, babciu, weźmy jeszcze morele. Ja Ci przyrzekam, nie jestem na nie uczulony. Naprawdę!!!".

    I nie był to niestety jedyny przypadek, a wręcz jeden z lżejszym pod tym kątem. Wśród moich klientów było kilka osób, które nie mogły dla siebie znaleźć zupełnie nic. Mimo mojej pomocy i znajomości przeze mnie towaru na tyle, żeby wykluczyć składniki dla nich niekorzystne, znalezienie mostu było naprawdę baaardzo trudne a czasem niemożliwe. Częstotliwość tych przypadków (pomijając oczywiście osoby unikające czegoś z braku przekonania do produktu a nie z powodu nietolerancji przez ich organizm) daje naprawdę ciekawy obraz tego w jaką stronę idzie nasza ewolucja i jak ważne byłoby żeby zapoznać się z jak największą liczbą naturalnych możliwości, by zrobić wszystko, żeby nasze dzieci były na takie utrudnienia możliwie jak najmniej narażone.

    Z drugiej jednak strony, jest w tej sytuacji pocieszenie - coraz więcej osób unika pewnych produktów, bo badania potwierdziły w ich przypadku, co faktycznie im szkodzi. Jeżeli się badamy to już samo to jest plusem, a na dodatek moim zdaniem sytuacja wzrostu takich przypadków jest całkowicie naturalna. Myślę, że można by się spokojnie pokusić o stwierdzenie, że wybuch tych wszystkich "wymysłów" w formie licznych nietolerancji nie jest w tak dużej mierze jak lubimy dziś mówić, efektem zmian w tym jak wygodnie i sterylnie zaczęliśmy żyć, a istniał przecież także dużo wcześniej (choć prawdopodobnie w dużo mniejszej ilości, bo warunki życia, odżywianie i tryb oczywiście się zmieniły) tylko nie byliśmy aż tak bardzo świadomi wpływu pokarmu na nasz organizm i nie badaliśmy się pod tym kątem tak dokładnie, jak możemy to zrobić dziś. Zupełnie tak samo jak w przypadku "podwójnej nerki", która dziś wydaje się niektórym czymś WOW, a występowała również kiedyś, tylko diagnostyka nie była na aż tak szeroką skalę.

    5. Brak zdrowego rozsądku

    To też problem, który zauważyłam. Nic innego jak termin ORTOREKSJA nie pojawiało mi się w głowie gdy podczas zakupów, niektórzy rodzice z dziećmi odmawiali im absolutnie wszystkiego, nawet gdy dzieciaki proponowały już naprawdę bardzo kompromisowe produkty i nie musiały unikać jakiś konkretnych składników.

     Albo sami dorośli, którzy mówili "Hmm, zjadłabym to ALE..." i z uzasadnienia rozumiałam, że przeciwwskazań jako takich w sumie nie ma, ale osoba unika wszystkiego co popularnie złe na co dzień, a gdyby sobie pozwoliła jednak na tę jedną rzecz (i biorąc pod uwagę ten sklep raczej możecie sobie wyobrazić, że produkty w kwestii "niezdrowości" były okrojone maksymalnie) to czułaby na sobie piętno innych fanatycznych ekoludków.

    Nie było ideału - bez glutenu, bez laktozy, bez jaj, bez drożdży, bez cukru (najlepiej w tabelce w rubryce węglowodany żeby było 0, bo dla niektórych jest to świadectwem na brak dosładzania...).  "Bo słyszałam, że tak jest zdrowo."

     Troska o zdrowie od strony pokarmu to strasznie ważna sprawa, szczególnie w czasach gdy odkrywamy, że tak naprawdę dietetyka to nie wyłącznie "JEDZ OWOCE I WARZYWA. BĘDZIESZ ZDROWY" i mamy już jakieś pojęcie o tym, że tak naprawdę każdy powinien mieć dietę całkowicie pod siebie i swój genotyp, dostosowaną do tego, co przyswaja najlepiej, a co mu, mimo pozornej sławy, wcale nie daje korzyści. Ale przecież nie można zwariować i czasem, jeśli nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, wyjątek raczej nie zrujnuje nam życia...

    6. Sklep z żywnością ekologiczną? 
    Tu nic nie kupimy.

    Oh, to fantastyczna i ogromna grupa osób, które na sam widok takiego napisu dostawały dziwnych drgawek w mięśniach nóg i zapalała im się lampeczka UCIEKAJ!!!!!

    Największą wadą tych sklepów (z czym się całkiem zgadzam) są ceny produktów. Czasem to naprawdę kosmos, ale z drugiej strony... Przypomina mi się w podobnych chwilach fragment tekstu Hansa pt. "ZłoTo":

    " Zło to pretekst by też być złym, bo zło jest wszędzie"

    No i tym sposobem krytykując sklepy, jak ten, w którym pracowałam, nie sprawdzając nawet zaopatrzenia, pozwalamy sobie na myślenie, że w zasadzie to nic już nie zmienimy, bo by być zdrowym musielibyśmy okropnie dużo płacić, więc cała odpowiedzialność spada na CENY, a nie na to, że nawet nie chcemy zerknąć i w razie czego pokombinować, bo może istnieje opcja by jeść bardziej zdrowo i wcale nie trzeba korzystać konkretnie z produktów z tego sklepu.

    Przynajmniej ja jako ekspedientka nie naskakiwałam z kłami na klientów, którzy przyszli z ciekawości pooglądać co tam w ogóle sprzedajemy, a gdy wychodzili z pustymi rękami, nie zabijałam ich laserem z moich oczu. Ba, nawet uśmiechałam się tak samo serdecznie jak do wszystkich innych klientów i myślę, że w większości sklepów jest podobnie normalnie:)

     Żałuję i wiem, że będę się starała jak najbardziej otwierać oczy na to, że zaopatrywanie się w takich sklepach wcale nam nic nie gwarantuje. Co dla mnie samej było zabawne, to np. miałam masę klientów strasznie obnoszących się ze swoimi pseudozdrowymi nawykami i krzywiących się na widok jakiś produktów mniej kompromisowych, którzy po zakupach zgodnych ze wszystkimi aktualnymi trendami w żywieniu , szli zapalić papierosa obok mojego okna...

     7. Czy uważam, że produkty eko i generalnie tak zwana "zdrowa żywność" są coraz bardziej potrzebne?

    Wrażenie na studiach, na genetyce zrobiły na mnie proporcje tego, co odpowiada za powstawanie chorób w naszym życiu. Wcześniej byłam nieco bardziej sceptyczna, ale aż 80% to dieta i styl życia. Reszta to geny i jasne, z nimi nie wygramy, ale małe decyzje dotyczące najbardziej prymitywnej czynności, pierwszej potrzeby, którą mamy - zdobywania pokarmu, na pewno nam nie zaszkodzą, jeżeli będą podejmowane bardziej z głową. A co najważniejsze - bez powielania niewiedzy czy braku zainteresowania tym tematem wyniesionej z domu. Szczególnie dziś gdy możliwe jest dopasowanie diety konkretnie pod nasz unikalny genotyp.

    Tu znów przytoczenie. Przypomina mi się dowcip (z czasów gdy istniały jeszcze dowcipy, a nie tylko suchary:D):

    Mały chłopiec pyta brata:
    - Czemu smażysz mięso na tak małej patelni, przez którą musisz robić to w kilku partiach?
    Brat odpowiedział, że w sumie to nigdy się nie zastanawiał i używa jej, dlatego, że ich mama zawsze tak robi. Chłopiec poszedł więc do mamy i zapytał, czemu ona robi to samo i czy nie byłoby prościej używać do tego większej patelni. Mama odpowiedziała to samo co brat, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiała. Robiła tak, dlatego, że takiej samej patelni używa Babcia. Zrezygnowany logiką swojej rodziny chłopiec poszedł więc do babci. Ta zdziwiona powiedziała "Ależ oczywiście, że masz rację! Gdybym tylko kiedyś miała taką dużą patelnię, o której mówisz...".

    8. Żeby nie było tak pesymistycznie...

    Spotkałam kilka naprawdę pokręconych osób, a szczególnie facetów. Najbardziej utkwił mi w pamięci pan, który nie wszedł do sklepu, a przechodząc czytał napisy na szybach na głos i skrzywiony powiedział do żony PRODUKTY POGAŃSKIE??? Być może - pomyślałam wtedy - bezpieczniej byłoby mieć w sklepie jakiś malutki kącik z zastawą religijną, żeby obok WEGAŃSKIE był malutki napis DEWOCJONALIA, co mogłoby uspokajać takie myśli i nakręcać biznes...

    Klienci naprawdę bywali pomysłowi. O moją rozrywkę dbano pytając m.in. o:

    - ekologiczne środki na potencję (nazywane romantycznie środkami "na miłość")

    - ekologiczne płaszcze przeciwdeszczowe

    - olej z marychy (ale w żadnym razie nie z marihuany!)

    - kuskusumę (to było naprawdę wyzwanie, bo klient powiedział, że nie chodzi mu ani o kurkumę, ani o kuskus:D)

    Żeby nie było nie fair wobec moich klientów, mi też zdarzały się niedociągnięcia. Szczególnie na początku, gdy niektóre produkty były mi średnio znane w temacie odżywiania i o których musiałam sobie doczytać, żeby nie tylko mój fartuszek sugerował o tym, że mam jakieś pojęcie o tym, co sprzedaję:)

    A tak na poważnie... Co z tego wyniosłam?

    • przede wszystkim duużą wiedzę na temat produktów naturalnych (szczególnie miodów za którymi smakowo niespecjalnie przepadam), a do których się przekonałam, ze względu na zachodzący za moją zgodą proces ich indoktrynacji.
    • mniej ufam obrazowi, który budują przede mną obcy ludzie. Wcześniej byłam trochę bardziej otwarta i ufna, ale rozsądniej byłoby jednak pamiętać, że mało jest osób jednolicie szczerych i raczej większość to twory wielościenne, a to, z której strony je poznamy, zależy tylko o warunków w jakich się znajdziemy w danej chwili. Przesadna podejrzliwość na pewno nie ułatwi życia, ale zdrowe wyznaczenie większego obszaru na gimnastykę osób, które chcą zdobyć nasze zaufanie, raczej nie zaszkodzi:)
    • wyniosłam duuużo uśmiechów i pochwał i to mnie cieszyło najbardziej. Znalazłam fajne miejsce, gdzie mimo, że nie wszystko wychodziło mi od razu idealnie, nikt nie robił mi z tego powodu strasznych problemów, a ja mogłam odwdzięczyć się lojalnością.
    • najważniejsza dla mnie kwestia to jednak to, że zdobyłam pewne zaplecze(albo wzmocniłam system immunologiczny jak kto woli) i teraz, gdy spotkałabym się z jakimś średniosympatycznym i nieuzasadnionym potraktowaniem mnie, co tam miało miejsce w zależności od osób, to mogę sobie pomyśleć HEEJ, ZNOSIŁAŚ DZIELNIE WIĘKSZE MARUDY! lub po prostu przypomnieć sobie słowa mojego klienta, z prawdziwym szaleństwem w oczach, który mawiał do mnie jak mantrę BEZ EMOCJI, BEZ POŚPIECHU, PAMIĘTAJĄC O UŚMIECHU. To małe rzeczy, ale dla ludzi z tak rozwiniętym elementem analizy jak ja, kosmicznie przydatne praktyki:)

    A gdzie Wy pracowaliście i czy było coś charakterystycznego, czego mogliście się dzięki tej pracy nauczyć?:)

    niedziela, 18 września 2016

    Zaprawa, erudycja czy rozpuszczanie?

    Witajcie!

    Korzystając z okazji, że akurat spędzam w domu jeszcze jakiś czas, postanowiłam obdarzyć moje włosy większymi względami. Zdarzało mi się przez ostatnie miesiące olejować czy nakładać Biovaxa, więc uznałam, że teraz czas na jakiś prawdziwy konkret. Zapraszam do czytania!

    Co zrobiłam?

    Dokładnie umyłam całe włosy szamponem YEGO z dodaną do niego kawą, żeby jednocześnie zrobić peeling skalpu. Potem na długość położyłam mieszankę Biovaxa do włosów suchych i zniszczonych z dodatkiem oleju kokosowego i spiruliny. Rybkowy zapach zniosłam jak zawsze dzielnie, prawie nie zwracając uwagi na myśl by dodać trochę kakao:D 

    Efekty:


    Włosy są nieziemsko gładkie, dociążone (bałam się, że przesadziłam z ilością oleju, ale na szczęście nie), nie ma mowy o puchu czy jakimkolwiek plątaniu, nawet gdy w ciągu dnia nosiłam je w dość artystycznym koku:D Muszę częściej używać spiruliny. Ten rok jest tak szalony, że zapomniałam o swoich własnych włosowych faworytach. To samo stało się z peelingiem, który ostatnio robiłam dokładnie chyba 102 lata temu... Na szczęście robiłam ostatnio na blogu małe porządki i poprzypominałam sobie, co dawało najlepsze efekty:) 

    Kawa zawsze kosmicznie nabłyszcza mi włosy, a skóra głowy jest wyraźnie oczyszczona, co szczególnie widać po świetnym odbiciu włosów u nasady. Cieszę się, że nic się w tej kwestii nie zmieniło.

     BLAAAAAAAAAAAAAAAAAAAASK!


    Chcąc wstawić tu jakiś utwór, chyba odpowiedni jest tylko jeden...

     

    PS: Zdjęcia z mojego pokoju nr.1 były wstawiane tak dawno, że dopiero teraz możecie zauważyć zmianę koloru ścian:D Pod tym fioletem kryje się moja wieloletnia zielona siedziba.